Jak w bajce

1-DSC_0742

9 listopada odwiedziło nas dwóch sympatycznych panów ze Studni O. Jest to grupa, która specjalizuje się w opowiadaniu historii, zarówn starszym, jak i młodszym. Jarek, bo tak nazywał się jeden z artystów, jest opowiadaczem i to zawodowym. Nie powiem, trochę mnie to zdziwiło, nawet przez głowę przeszła myśl „czego to ludzie nie wymyślą…”.

Drugim artystą był Gwidon, on wydawał się trochę ciekawszy, a to przez instrumenty, na których miał zamiar grać. Pierwszy raz widziałam takie rzeczy, jak balafon, didżeridu czy ngoni – to taki rodzaj harfy, zresztą bardzo dziwny jak na moje oko.

Jedno jest pewne, może i każdy z osobna nie wyróżniał się niczym szczególnym, jednak w duecie byli jedną całością. Nie wyobrażam sobie jednego bez drugiego. Razem opowiadali nam historie, przy tym grając na instrumentach i nucąc słowa. Po prostu „odleciałam”, tylko nie wiem gdzie?

Był to na pewno świat marzeń, świat muzyki i harmonii, był to taki magiczny świat. Bo taka właśnie atmosfera panowała podczas ich występu.

Zostałam zahipnotyzowana, jakby przeleciał nad nami Dzwoneczek z Piotrusia Pana i obrzuciła nas magicznym pyłem. Byłam w bajce.

Miśka 30

Czego się boję po wyjściu z więzienia?

1-DSC_0324-002

W sumie to niczego się nie boję, bo i czego się bać. Jedynie czego chcę, to dożyć tego dnia, żeby móc stanąć po tej stronie muru, po której powinnam stać i zobaczyć tam moją mamę. Reszta da się wtedy poukładać tak jakbym tego chciała i nawet jeśli nie z dnia na dzień (takiego oczywiście przysłowiowego), to w miarę szybko i sprawnie. Mówiąc szczerze – to dziwię się, kiedy słyszę od ludzi, którzy po odsiedzeniu paru lat stwierdzają, że boją się tego, co zastaną po wyjściu. Z grubsza zastaną to, co zostawili. Przez rok czy dwa raczej nie stworzą piątej linii metra, latających pojazdów jak w „Piątym elemencie” i nie zobaczy się na ulicach robotów zamiast funkcjonariuszy publicznych. Nie wiem dlaczego ludzie wbijają sobie do głów takie zmartwienia na wyrost… Może lubią sami się dołować albo wiedzą, że zostawili tam życiowy pierdzielnik i do niego wrócą. Tyle, że wtedy to nie tyle obawy, co pewność, że wdepnie się w ten sam syf.

Może zamiast przez czas odsiadki się dołować, lepiej popracować nad sobą i podkładać sobie w głowie coś pozytywnego.

Małgosia

Praca w więzieniu

 1-DSC_0365

W końcu udało mi się ponownie wziąć za pracę w danej placówce! Jak tu trafiłam? Jeździłam z jedzeniem na oddziale, na którym siedziałam, byłam – kalifaktorką. Po zmianie oddziału (bo tak to jest, że zmieniamy oddziały) z prywatnych przyczyn zrezygnowałam z pracy bez wytłumaczenia się, żałuję tego, że nie wytłumaczyłam. Dlaczego? A to dlatego, że trudno było zacząć pracować. Zapewne jak bym wytłumaczyła przenieśliby mnie gdzieś indziej, no ale emocje zrobiły swoje :(. Po dłuższym czasie dali mi szansę – dali pracę na kuchni (pracuję dopiero od półtora miesiąca). Ciężko tam, uczę się tak naprawdę nowych rzeczy, ja np. podglądam jak gotować na dużą ilość osób. Jak na razie obieram ziemniaki no i sprzątam, ale przyjdzie i na mnie czas, aby stanąć przy tym ogromnym garze. Pozdrawiam serdecznie wszystkich wiernych Czytelników naszego bloga.

Agnieszka

„A może będę stolarzem…”

3-DSC_0376

Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że tapicerowanie może być tak szaleńczo zabawne :). Dlaczego nigdy wcześniej? A bo dotychczas ze stolarką miałam tyle wspólnego, ile było robienia karmnika z tatą na balkonie jakieś sto lat temu (+/- 100 😉 ).

Okazało się, że drewniana skrzynka po owocach + kawałek gąbki + zszywacz + kawałek materiału + papier ścierny + przyjaciółki + ja = takie siedzisko, że „Ikea” wysiada ;).

Żarty żartami, ale autentycznie dało się na zrobionym przez nas pufie siedzieć. Oczywiście jeszcze trzeba coś zeszlifować, pojechać bejcą, ale to już kosmetyczne sprawy. Kiedy patrzyłam na gotowe meble, ładnie obleczone materiałem, to w życiu nie pomyślałam, że byłabym w stanie coś w tym stylu zrobić.

Okazało się, że pod okiem fachowców, którzy wytłumaczą i pokażą, da się zrobić coś, o czym nie miało się zielonego pojęcia. Przychodzą do nas dwie cierpliwe dziewczyny i pod ich okiem próbujemy coś tworzyć, a to puf ze skrzynki po owocach, a to półka na książki (dla tych którzy mają dostęp do innych rzeczy – to pod butelki z winem 😉 ).

Lubię robić coś nowego, mam przy tym ubaw po „pachy”, a przy okazji odkrywam, że moje wyobrażenia o pewnych sprawach nijak się mają do rzeczywistości i tym sposobem życie często mnie zaskakuje, co jest fajne. Szkoda, że celi nie można umeblować tymi przedmiotami co robimy, ale może zostaną one na świetlicy, to przyjemnie kiedy coś zrobionego własnoręcznie może być używane przez innych, a może jakiś inny pomysł na te przedmioty da się znaleźć… zobaczymy.

Małgosia

Dopalacze

 

1-DSC_0179

Z dwojga złego, już lepsze są zwykłe narkotyki, tak zwane klasyki. Sama po tych dopalaczach miałam różne omamy. To jeszcze było jak były pootwierane sklepy z nimi. Wylądowałam na psychiatrii na Nowowiejskiej na dwa tygodnie. Nie było fajnie. Po zwykłych narkotykach i dłuższych ciągach nie miałam takich stanów psychicznych jak przez branie przez kilka miesięcy dopalaczy. Poza tym ostatnio dowiedziałam się, że na skutek tego dziadostwa umarł mój kolega. Miał dopiero 34 lata. Dlatego z doświadczenia apeluję, uważajcie na to, co bierzecie.

Kajzerka

Pytanie

1-DSC_0964

Wrażliwość chyba wyszła z mody. Teraz trzeba mieć, żeby być. Ciągle lepiej, więcej, wyżej, dłużej itd. Machina cywilizacji prowadzi nas niechybnie nad przepaść Tartaru. Musimy brać coraz więcej leków przeciwbólowych. Ukrywamy gdzieś w szafie nasze marzenia. Ukrywamy uczucia.

Świat staje się „Wesołym Miasteczkiem”, gdzie do każdego uczucia musimy kupić bilet.

Coraz więcej leków przeciwbólowych to sposób na przetrwanie.

Czasem patrzę na ludzi o twarzach bez wyrazu. Przeraża mnie ta pustka. Ich nie stać na bilet do „Wesołego Miasteczka”.

Teraz żeby być, trzeba mieć. Trzeba mieć, żeby być.

Ja nie mam…

Więc czy istnieję jeszcze?

Ag.U

Jak to się stało, że tu trafiłam

1-DSC_0987

Kiedyś spróbowałam, co to są narkotyki. I od kiedy ich spróbowałam, ciężko było z nimi skończyć. Byłam bardzo młodziutka, wszyscy wokoło brali, więc ja też chciałam. Towarzystwo, zabawa, bezsenne noce. Bardzo mi się to wtedy podobało. W końcu doszło do tego, że spróbowałam smaku heroiny. Coś nowego – dobre samopoczucie. Na początku chciałam, później musiałam. Skądś trzeba było brać na to pieniądze. Tak zaczęły się kradzieże sklepowe. Myślałam: przecież okradając sklepy nikomu krzywdy nie wyrządzam. Ale tak naprawdę wyrządzałam krzywdę sobie i swoim bliskim. Mama wielokrotnie chciała mi pomóc. Ma dwie córki narkomanki i wiem, że wyrządziłyśmy jej ogromną krzywdę. Ból, kiedy widziała, jak obie chodzimy naćpane i kiedy odwiedzała nas w więzieniu. Moja siostra wyszła z wokandy i poszła do ośrodka. Ja opuściłam zakład karny i chwila moment – znowu ćpałam. Kiedy siostra skończyła ośrodek, przyjechała po mnie i mnie tam zawiozła. Jestem jej za to bardzo wdzięczna, mimo że nie udało mi się. Byłam tam rok i bardzo dużo nauczyłam się o życiu, o sobie. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Nie było tam łatwo, ale każdy trud, jaki mnie tam spotkał, był dla mojego dobra. Wszystkie wylane łzy miały umocnić mnie, miałam stać się silniejsza. I właśnie tak się czułam, kiedy wróciłam do domu. Poszłam do pracy i cieszyłam się życiem na trzeźwo. Praca przynosiła mi satysfakcję. Mama, rodzina – wszyscy byli ze mnie dumni, w końcu! I wtedy spotkało mnie coś złego, z czym nie umiałam sobie poradzić. Sięgnęłam po heroinę. To było jedyne rozwiązanie, jakie widziałam w tamtej chwili. Ukoiła mój ból – na chwilę, bo później było już tylko to samo. Zarobki i ćpanie, aż znowu obudziłam się tutaj. Wiem dobrze, że to nie musiało się tak skończyć. Wcale nie musiałam szukać pocieszenia w narkotykach. Ale dla kogoś takiego jak ja, kto przećpał większość życia ciężko jest radzić sobie z problemami. Teraz myślę, że rok w ośrodku to dla mnie za mało. Jeszcze nie byłam gotowa na powrót. Ale nie tracę wiary. Przecież wyjdę stąd i będę miała szansę zacząć jeszcze raz – może tym razem się uda. Może wyjadę do siostry zagranicę i tam spróbuję. Siostra po ukończeniu ośrodka wyjechała i jest trzeźwa, dlatego wiem, że mi też może się udać. Wyjście z heroiny jest bardzo trudne, ale są ludzie, którym się to udało. I skoro innym się udało, to czemu mi ma się nie udać?

Izabella

Monotypia

1-6-7-DSCN4012

Monotypia. Dziwne słowo – jak myślicie, co to jest? My miałyśmy szansę niedawno się tego dowiedzieć. Monotypia polega na nakładaniu farb olejnych, tworząc wybrany przez siebie wzór na jakiejś podstawie. Może to być kawałek pleksi, płyty lub po prostu płaski przedmiot. Po ukończeniu tego etapu przykrywamy to, co powstało kartonem, na którym odbijamy całość. Można to zrobić na dwa sposoby – przyciskając karton ręką lub gładząc wałkiem. Wtedy odbija się na nim to, co wcześniej robiłyśmy na podstawie. Tak właśnie wyglądały zajęcia z Asią artystką, która lubi monotypię, czym nas zaraziła. Zaczęłyśmy powoli i spokojnie od portretu „Ja smutna, ja wesoła”, a skończyłyśmy na całkowitej abstrakcji. Gdyby nie ograniczenia czasowe, powstało by tyle prac, że zapełniłyby ściany kilku korytarzy w naszym zakładzie. Zaprosiłyśmy Asię na święta – spróbujemy w ten sposób zrobić kartki świąteczne. Zobaczymy też prace Asi, których jesteśmy bardzo ciekawe. Jest ona kolejną artystką, która odkryła przed nami jedną ze swoich pasji, pozwalając nam w tym uczestniczyć. Bardzo za to dziękujemy!

Monika

Adwokat diabła

1-DSC_0159-001

Postanowiłam się dzisiaj wcielić w rolę „Adwokata diabła” czyli dziewczyn przebywających po tej stronie muru i oczywiście samej siebie.

Czytając ostatnie Wasze komentarze do postów zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tak dużo jest negatywnych odpowiedzi, które przeważnie przytłaczają. Fakt jest taki, że się tu znalazłyśmy oczywiście przez własne błędy, głupotę itd., ale czy nie każdy człowiek popełnia błędy? Ilu ludzi się na nich uczy, nie popełniając tych samych z myślą, że może tym razem będzie inaczej? My również jesteśmy ludźmi i wiem, wręcz jestem przekonana, że spotykając nas na ulicy i nie znając naszej przeszłości, żadnemu z Was nie przyszłoby do głowy, gdzie się znajdowałyśmy jeszcze miesiąc temu. Piszemy na blogu o naszych życiowych problemach i skutkach ich popełniania nie dlatego, że oczekujemy współczucia czy użalania się nad nami. Wierzę, że wszystkie tu chcemy, abyście zobaczyli w nas zwyczajnych ludzi, którzy też mają marzenia nie różniące się od innych.

Skoro postanowiłaś -łeś zajrzeć na bloga, wiedząc, kto go prowadzi, musisz być ciekawy, co tacy ludzie za kratami mają do powiedzenia. Cenimy, że sprowadzacie nas na ziemię. Każdy kubeł zimnej wody to kolejna refleksja nad życiem. Z naszej strony wygląda to też tak, że chcemy w jakimś sensie przedstawić nasze położenie, aby ostrzec INNYCH, jak nie postępować, jak uchronić się przed tym miejscem, w którym staramy się funkcjonować i stwarzać sobie pozory normalności. Dlatego piszemy o różnych rzeczach, takich co nas smucą, ale i takich, co cieszą.

Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich, którzy piszą, choć nie muszą

Poli

Kuchnia wegańska? Tak, bardzo mi się podobała! (po wizycie Marty Dymek, autorki blogu i książki „Jadłonomia”)

5-DSCN4502

Warsztaty wegańskie – czy można przeżyć bez mięsa?”

Mnie osobiście warsztaty się spodobały, może nie pokazały mi czegoś nowego, ale zwróciłam uwagę jak resztę dziewczyn zainteresował ten temat. Uważam, że skoro mamy już XXI wiek jako rozumne istoty w cywilizowanym świecie powinniśmy bardziej zwracać uwagę czym i jak się żywimy. Odkąd pamiętam nie jem mięsa, nigdy nie mogłam się do niego przekonać, a może po prostu mój organizm go nie przyswajał. Druga sprawa, która przeszkadzała mi w jedzeniu mięsa to ogromna miłość do zwierząt. Nie rozumiem postępowania teraźniejszej gospodarki. Gdyby każdy człowiek miał okazję zobaczyć jak te zwierzęta cierpią przed ich egzekucją, na pewno sporo ludzi przestało by praktykować taki sposób żywienia. W końcu można żyć bez tego, jestem żywym przykładem, tym bardziej, że na wolności uprawiałam sport i brak mięsa nie spowodował żadnego spustoszenia w moim organizmie. Uważam, że w tych czasach to pójście na łatwiznę, mięso jest tanie i łatwo dostępne (bo też w taki sposób produkowane). Jeżeli człowiek ma ochotę skosztować drugiej istoty (zwierzęcia), mógłby na nie zapolować, wtedy siły byłyby wyrównane, a i zdobycz by lepiej smakowała (tylko której ze stron?).

Poli

„Warsztaty o kuchni wegańskiej”

Ogólnie warsztaty podobały mi się. Wykład dotyczący tej kuchni, wiadomości na ten temat, które usłyszałam to dla mnie coś nowego. Nigdy wcześniej nawet nie pomyślałam o spróbowaniu takiej kuchni. Spotkało mnie miłe zaskoczenie, ponieważ potrawy przyrządzone na tych warsztatach smakowały mi. I od czasu do czasu mogłabym jeść potrawy wegańskie, ale na co dzień raczej nie. Za bardzo lubię mięso i nie jestem w stanie z niego zrezygnować.

Izabelka

„Warsztaty wegańskie”

Kuchnia wegańska? Tak, bardzo mi się podobała. Jest smacznie, zdrowo i zaskakująco. Proste składniki typu sezam, ciecierzyca, czosnek w połączeniu ze sobą komponują ciekawe smaki i uważam, że jest możliwe takie odżywianie się. Jeżeli ktoś chce naprawdę wprowadzić w swoje życie tego rodzaju kuchnię, powinien nauczyć się ją przyrządzać, żeby była ona urozmaicona i nie przynudzała na co dzień. Ja osobiście bardziej przychylam się do kuchni wegetariańskiej. Mogę spokojnie przeżyć bez mięsa, ale nabiał, jajka już niechętnie bym wykluczyła ze swojej diety.

Alesia

„Warsztaty wegańskie”

Muszę powiedzieć, że było fajnie i smacznie. Poruszyłyśmy temat porównania wegetarianizmu z weganizmem. No więc zrozumiałam, że wegańska kuchnia różni się tym, że nie używa się składników pochodzenia zwierzęcego np.: jaj, mleka itp.

Jestem smakoszem i mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, więc i te potrawy przypadły mi do gustu. Tylko jeden składnik, starty sezam mi nie podpadł, bo nie lubię chałwy, a on właśnie tak smakował tylko, że bez cukru. Z niego był robiony humus, miesza się tę masę sezamową z ciecierzycą i do tego można było dodać czego dusza zapragnie. My dodałyśmy czosnek, sól, na koniec polałyśmy go oliwą z oliwek. Je się go z warzywami np.: cukinią, ogórkiem, awokado. Pyszne.

Bardzo mi się te warsztaty podobały, dużo się dowiedziałam. Warsztaty te prowadziła Marta Dymek, tak jak pisałam były smaczne. Ale nie wiem czy dała bym radę bez mięsa, ale i też bez mleka, jogurtów, jaj i serów.

Kajzerka

Weganizm

Jak najbardziej smakowała mi kuchnia wegańska, ale od czasu do czasu musiałabym jednak zjeść mięso. Jestem osobą mięsożerną. Jeśli chodzi o warsztaty, to były bardzo fajne i interesujące, na pewno w jakiś sposób mnie ta żywność zainteresowała. Myślę, że nie raz kupię i zrobię sobie humus lub inną potrawę wegańską. Zdaję sobie sprawę, że na mięso są zabijane zwierzęta, ale ja o tym nie myślę, tylko jem. Na warsztatach wegańskich najbardziej smakowała mi zupa i owoce. W więzieniu zapewne większość osób smakowało z tego względu, że tu nie ma normalnych smaków i brakuje świeżej żywności.

Wiola.

Weganizm – do niedawna myślałam, że to ubogi, mało smaczny i mało syty sposób odżywiania się. Piszę „do niedawna”, bo właśnie mogłam skonfrontować to z rzeczywistością i to co zobaczyłam zaskoczyło mnie trochę. Oczywiście nie na tyle, żeby zrezygnować z jedzenia mięsa, co to to nie, ale kiedyś nie chciałoby mi się zagłębiać w wegańskie przepisy. Bo niby co można zrobić tylko z owoców i warzyw – jakieś sałatki, deserki. To nie bawi jak syty obiadek. Kolejny raz dzięki Fundacji „Dom Kultury” mogłam zetknąć się z czymś nieznanym i zobaczyć jak to wygląda, gubiąc po drodze swoje stereotypy.

Marta to dziewczyna, która jest weganką – od razu powiem, że nie jest szkieletorem ledwo trzymającym się na nogach z niedożywienia. To był jeden z moich stereotypów. Przyrządzała nam humus, pokazując po kolei z czego i jak powstaje to danie. Po zjedzeniu tego posiłku padł mój kolejny stereotyp. Byłam najedzona do syta, no i muszę przyznać, że to było naprawdę smaczne. Za każdym razem ,kiedy moje wyobrażenia różnią się od rzeczywistości ,obiecuję sobie, że dopóki się z czymś nie zetknę, postaram się nie wyrabiać zdania na ten temat. Niestety, okazuje się to niemożliwe. Może każda kolejna próba będzie bliższa ideału.

Monika

Warsztaty wegańskie

Ogólnie rzecz biorąc jestem osobą mięsożerną, mimo iż uwielbiam warzywa i owoce, trudno mi sobie wyobrazić kanapki bez plasterka salami.

Smakowały mi potrawy przyrządzone przez Martę Dymek, nawet nie wyobrażałam sobie, że może być aż tak smacznie. Najbardziej smakowała mi zupa pomidorowa na soczewicy – po prostu bajka!

Dominika

http://www.jadlonomia.com/