Rzeczy powszednie

Wprawdzie nie mam dobrych wspomnień z domu, tym bardziej, że przebywałam w nim tylko 11 lat, które były niebem (czasami) i piekłem (częściej), to może napiszę, jakbym chciała, żeby ten dom wyglądał. Mianowicie w domu powinna być miłość, która została zbudowana na fundamentach wzajemnego pomagania sobie w każdej sytuacji, wspierania w chwilach zwątpienia, wzajemnego szacunku, zaufania, spędzania wolnego czasu razem w normalne dni, nie tylko w Boże Narodzenie, Wielkanoc bądź na pogrzebach. Szczere rozmowy oraz akceptacja, niezależnie od tego, kto jakim jest człowiekiem, czy jak wygląda i kim chce być.

By można było z uśmiechem na twarzy, motylami w brzuchu, poczuciem euforii przekraczać próg drzwi, za którymi jest dom.

Jedzenie

Jedzenie kojarzy mi się z relaksem – odpoczynkiem w danej chwili oraz chwilą, w której mogę pomyśleć o czymś innym, np. zaplanować dzisiejszy wieczór „gdzie, z kim i o której”. Rzecz jasna, poza krainą tysiąca komnat i jednego klucza, bo w tej krainie przy jedzeniu mogę się zastanawiać, co w kolejności dzisiejszego wieczoru mam uprać, skarpetki – spodnie – skarpetki? – no z tym, to mam dylemat :).

Słońce

Słońce kojarzy mi się z latem, choć nie tylko o tej porze roku występuje :). Kojarzy mi się z wakacjami, które na zamku trwają 365 dni, relaksem oraz przyjemnością, gdy słońce mnie przypieka.

Słońce kojarzy mi się również z silną motywacją, którą od niego dostaję rano, gdy mnie budzi.

Spacer

Spacer to odpoczynek, czas na przemyślenia, poukładania sobie wszystkiego w głowie. Kojarzy mi się z kondycją, dotlenieniem mózgu i nie tylko. Wiadomo przecież, że bez odpowiedniej ilości tlenu stajemy się jak Edward Patison ze „Zmierzchu” :).

Przyjaźń

To dobre pytanie: z czym kojarzy mi się przyjaźń. Silnym słowem dla przyjaźni jest zaufanie. Bez tego przyjaźń nie ma żadnego znaczenia. Bo po co nazywać kogoś przyjacielem, jeżeli nie można mu powiedzieć, dlaczego płyną ci łzy? Przecież jeśli mu powiesz, będzie ci lżej! No tak, boisz się, że będzie o tym rozmawiał z kimś innym. To nie przyjaźń, to znajomość.

Przyjaźń jest wtedy, gdy ufacie sobie nawzajem, gdy można liczyć na siebie w każdej sytuacji. Przyjaźń to wsparcie, pocieszenie, wspólnych śmiech i płacz, wspólne rozwiązywanie problemów, wspólne konsekwencje, wspólna akceptacja, oczekiwanie na kolejne spotkanie, by można było dowiedzieć się, czy wszystko w porządku.

Przyjaźń to po prostu być bezwarunkowo, pomimo wszystko i przeciw wszystkiemu.

Wolność

Tutaj na zamku wolność kojarzy mi się ze strachem, obawami, smutkiem i tęsknotą. Dlaczego ze strachem?

Bo po tamtej stronie czeka mnie odpowiedzialność – dom, szkoła, praca – ja….

Obawa przed chwilą załamania, zwątpienia, upadku. Smutek – tutaj na zajęciach, pomimo różnych relacji między nami, mam swoją rodzinę, a tam, na wolności, pomimo że mam rodzinę, jest brak akceptacji, tęsknota za osobami, które tu zostają, a są mi bliskie.

Wiadomo, że jak się stąd wychodzi, wszystko zmienia się o 180 stopni. Z czasem zapomnę o tym miejscu, ale nigdy nie zapomnę o ludziach i o tej co w jedną sekundę doprowadza mnie do szału, a jednym gestem sprawia, że zapominam o gniewie.

Chciałabym być wiatrem, wtedy więcej bym napisała o wolności.

No to buziaki.

Pozdrawiam

Batory

Ach, cóż to był za grill…

Ponieważ Aneta B z grubsza opisała tą historyczną imprezę, to nie będę się jakoś zbyt szeroko tu rozwodziła.

Jeszcze raz chciałabym podziękować WSZYSTKIM osobom, dzięki którym to spotkanie mogło mieć miejsce.

Dla mnie było to wielkie coś, bo nie dość, że miałam okazję posiedzieć z moją przyjaciółką i pogadać, to jeszcze najadłam się przypalonej na węgiel kiełbaski aż „po kokardę” ;). Zwęglona kiełbaska + zwęglony chlebek = umorusana gęba i brudne ręce. Radocha była ogromna. Czarne od węgla żabki szczerzyły się maksymalnie i jeszcze po powrocie do celi czułam zapach, bo wszystko osiadło elegancko na ubraniu. Śmiałam się sama z siebie w głos, bo tylko prosiłam Batorego „przypal tą kiełbasę i zjaraj chlebek”. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio najadłam się aż tyle węgla :). Zakładam, że gdybym mocniej ścisnęła pośladki, to wypadłby spory diamencik ;).
I tym głupkowatym zdaniem skończę ten mój pościk ;).

Małgosia

BÓL PRZEBUDZENIA

Za każdym razem gdy otwieram oczy i z powiek strzepuję resztki snu, próbuję z pierwszym świadomym wdechem wchłonąć w siebie obietnicę, którą obdarza mnie kolejny świt. Obietnice na odzyskanie samoświadomości, którą przez ostatnie lata skutecznie w sobie stłamsiłam.

Świadomość znienawidzoną, zmuszającą mnie do patrzenia w jej zwierciadło. Nie chciałam patrzeć, ponieważ to, co z każdym mijającym rokiem pokazywało, przestawało mi się podobać. Nie chciałam przyznać, że ta odbijająca się brzydota – to ja… Gdy sumienie waliło po głowie, zamykałam umysł. Świadomość gasła. W moim wnętrzu zagościł mrok pokrywając resztki tego, co dobre i jasne. Nie dostrzegałam już nic, błądziłam po omacku, gubiąc się we własnych labiryntach, o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. Popychały mnie już tylko złe pragnienia, coraz bliżej dna duszy. Zatraciłam się w nich. Przestałam odczuwać w sobie człowieczeństwo. Przestałam chcieć żyć i dążąc uparcie do samodestrukcji, topiłam się w narkotycznej iluzji fałszywego szczęścia i szybkiej śmierci.

Jednak życie nie zrezygnowało ze mnie, pchnęło los do działania a ten uwięził mnie, wstawiając kraty w okna i wykręcając klamki z drzwi. Skazał mnie na konfrontację z samą sobą. Postawił mnie przed gniewem sumienia, które stało się moim największym sędzią i najgorszym katem. Nie sposób stąd uciec – przed swoimi lękami i deficytami, które muszę w końcu zaakceptować lub z nimi walczyć, a nie jak dotąd wypierać.

Narzucona trzeźwość spełnia swoje zadanie. Zdziera wrośniętą zasłonę z mych oczu, rozprasza mrok zapomnienia. To mozolny i bolesny proces. I tak powoli każdy dzień otula mnie wspomnianą obietnicą przebudzenia. Każdy oddech o poranku wtacza w mój umysł świeży powiew świadomości A świadomość małymi promykami rozświetla moje serce i rozpala wiarę. Choć wiem, że zanim światło zabłyśnie swą jasnością we mnie, czeka mnie nieunikniony szok. Uderzy we mnie niedowierzanie nad ogromem czekającej mnie pracy i koniecznych zmian.

Wierzę, że sobie poradzę. Tęsknota za życiem w blasku dnia wpompuje w moje serce chęć pojednania się z nim!

ISTNIENIE

Przekroczyłam granicę rzeczywistości
Krocząc drogą bez powrotu
Pogrążając się w ciemnej otchłani ludzkiego wnętrza.
Błądząc korytarzami znaczeń wokół własnej duszy
Labirynt strachu i ignorancji
– to nienawiść.
Proste słowa tłumaczą złożone myśli
A ja nie chcę dziś myśleć!
Nadszedł czas szybowania w przestworzach ludzkiej natury
Wczoraj śniłam na jawie: Byłam wolna!
Wir moich myśli huczał mi w głowie
I tylko wodospady ciszy grały w rytm swoich narodzin
To wszystko i nic
Jestem tylko ja i mój strach
Tym większy im bardziej staram się go stłumić
Jak czas odlatuje moja dusza i jak ja odchodzi
Ponad płomienie nieświadomości
W zakątkach mej psychiki tworzy się myśl
Myśl człowieka zagubionego
Widoczna przez pryzmat tego co przeżyłam
To przykre doświadczenie losu
Pozostała mi już tylko walka o jeszcze kilka kolejnych chwil!
Ale po co?
– By zaistnieć!

Marita

Sen o śnie

Poranny apel budzi we mnie codzienną, ospałą rutynę. Miska już czeka, by objąć sobą wpadającą w jej ramiona wodę. Zielone, więzienne mydło wsiąka w skórę zapachem zniewolenia. Gorzki smak czarnej kawy jest marnym substytutem słodkiej wolności, próbując w ten sposób podarować sobie chwilowe znieczulenie, pozorne zaleczenie frustracji.

Oczy skrywają skraplające się rozgoryczenie za zasłoną nikotynowego dymu. Nie chcę, by ktokolwiek dostrzegł brak wiary w przyszłość. Dłonie zaciskają się niecierpliwie przejmując chłód stalowej kraty, by ostudzić rozgorączkowane myśli. Dusza wciąż nie chce dołączyć do mnie zza muru porzuconych wspomnień.

Czas wlecze się opornie, a ja nie mam tej mocy, by go ponaglić. Niestrudzenie i mozolnie liczę więc pełzające minuty, godziny i kolejne dni dzielące mnie od powrotu do „niej”.

Znużone tęsknotą ciało zasypia układając się z poduszką na nocną ucieczkę w równoległe światy. Tylko trwała obojętność ściany niezmiennie stoi na straży mego więzienia. Delikatnie lecz bezpardonowe dotknięcie małej rączki wytrąca ze mnie sen. Wizualizuje się przy mnie moja Anetka: ”Obudź się, mamusiu, obudź!”. Uśmiecha się figlarnie. To najpiękniejsza melodia dla mych głodnych uszu. Identyfikuję rzeczywistość: „Boże, ale miałam straszny sen!”. Przez ułamek nieświadomości przeszłość próbowała podstępnie zagarnąć mnie dla siebie. Patrzę wciąż niedowierzając na córeczkę, a usta rozciągają się i zastygają w uśmiechu jakby wciśnięto mi w nie wieszak. Nadrabiam wykradziony przez noc czas, a on nadwyrężony i wyeksploatowany przez nasze szczęśliwe, wspólne chwile odpręża się w otchłani naszej miłości. Zawstydzone słońce rumieni się czerwienią swojego zachodu żałując, że musi poddać się biegowi ziemi. Sercem w serce wtulone, my dwie płyniemy do gwiazd nocy, która już obiecuje jutrzejszy początek. I nagle, delikatny lecz bezpardonowy głos współosadzonej Anety wbija mnie w  świt codziennej ospałej rutyny: „Obudź się, Marita, apel!!!”. Nie otwieram oczu, by nie przyjąć narzuconej prawdy, a świadomość nie chce pożegnać sennego marzenia „Boże, ale miałam piękny sen! Przez jedno mgnienie oka znów miałam dom”. Przeszłość ze mnie zakpiła, a ból wyciska z oczu rozżalenie, które stacza się po policzku i osiada na ustach, tak dobrze znanym, słonym smakiem. Zmywam go goryczą kary i ponownie zaczynam odliczanie.

Marita

Mój chyba najmniejszy post :)

A to dlatego, że BARDZO, ale to BARDZO mocno chciałabym wiedzieć, jak czytelnikom bloga upłynęły wakacje :). Jeżeli możecie to napiszcie, dokąd mieliście okazję wyjechać. Bez względu na to, czy był to czas spędzony przyjemnie, czy ciut mniej przyjemnie, interesuje mnie każdy jeden taki wypad. Co fajnego Was spotkało, co interesującego widzieliście, co dobrego jedliście… Każdy szczegół miło będzie poznać. Dziękuję każdej osobie, która zechce się tym ze mną podzielić.

Małgosia

♦♦♦

Bardzo dziękuję…

Wszystkim razem i każdej osobie z osobna za cudowne opisy tego, jak spędziliście wakacje!

Nie spodziewałam się tylu komentarzy i aż mi się mordka od ucha do ucha ucieszyła, kiedy je czytałam i to wielokrotnie (i nie dlatego, że nie zrozumiałam ;).

To trochę tak, jakbym podczas lektury wędrowała w te miejsca, w których Wy byliście.

Ninka napisała o meduzach 🙂 – uwielbiam nasze morze, co roku wyjeżdżałam nad Bałtyk i przypomniało mi się przy okazji, jak któregoś roku była plaga biedronek. Jak leciały chmarą i wylądowały pokrywając wszystko i wszystkich na plaży, Każdy biegł do wody, żeby je z siebie spłukać. Potem kilkanaście metrów tafla wody była nimi pokryta. Zawsze biedroneczki kojarzyły mi się z liczeniem kropek albo przynoszeniem „z nieba kawałka chleba”, a tu rój taki, że kiedy ci pokrył ciało, to dreszcze się miało jak przy febrze. Wybitnie nieprzyjemne zjawisko i zapamiętam ja do końca życia – no chyba, że dopadnie mnie skleroza ;).

To zabawne, że czyjś opis sytuacji sprawia, iż w głowie przypomina się coś na swój sposób podobnego.

Mam nadzieję, że każde wakacje będą dla Was obfitowały tylko w przyjemne przeżycia i ciepłe, kolorowe wspomnienia.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wpisy i pozdrawiam,

Małgosia

Wielkie grillowanie na Kamczatce

Piątek – wymarzony dzień na imprezki, słońce świeci nad Grochowem, dziewczyny jak maliny, muśnięte słońcem, a to wszystko na Kamczatce.

Wielkie grillowanie odbyło się 2 września z udziałem Służby Więziennej, w tym Pani Dyrektor z Okręgu i naszego Dyrektora i wszystkich ważnych ludzi oraz my – dziewczyny z Kamczatki i nasi Przyjaciele z Fundacji „Dom Kultury”.

Było przecudownie. Zapach dymu, smak kiełbasek kaszanki czuję do dziś. Naprawdę idzie zwariować! Jak żyję i siedzę w tym więzieniu, nigdy ale to przenigdy nie przeżyłam czegoś podobnego.

Był mini koncert Mamadou Dioufa z naszym udziałem, była gra w kometkę, rozmowy, śmiechy i mnóstwo kiełbasek. Naprawdę było cudownie.

I może dla wielu z Was wyda się to śmieszne i niezrozumiałe, ale ja zrozumiałam, co straciłam w życiu, co mnie omija, czego tak naprawdę mi brakuje: tej normalności, tego, co ludzie w moim wieku robią na co dzień. Bardzo tego potrzebuję ale staram się brać życie takim, jakie jest i iść do przodu, pomimo wielkiej tęsknoty,

Pozdrawiam wszystkich, którzy sobie teraz grilują i nie tylko tych.

Aneta B.

Rosja

Napiszę, co jest drogie i miłe mojemu sercu i za czym tęsknię.

Urodziłam się w Smoleńsku, gdzie dużo drzew i parków, zielono i spokojnie. To bardzo piękne miasto ze swoją historią, położone na siedmiu wzgórzach. Jeśli ktoś nie wie, Smoleńsk powstał na przełomie XIII i XIV wieku, kiedy u władzy był polsko-litewski książę Igor. Nie było jeszcze Moskwy ani Sankt Pitersburga (Sankt Pitersburg to pierwsza nazwa obecnego Sankt Petersburga).

Mała garstka przybyszów, ludzi nie wiadomo skąd, ludzi wiary prawosławnej, osiedliła się na ziemi dookoła bagien i lasów, powstała osada. Trzeba było płacić dań, zbierali z sosen żywicę (po rosyjsku smoła) i tak powstała nazwa Smoleńsk. Herb Smoleńska to „Ptach Feniks” – z popiołu powstaje. Miasto było zniszczone i spalone, zarówno przez Napoleona, jak i przez niemieckich okupantów. Ale zawsze odradzało się na nowo.

Jako człowiek, który zamieszkuje od 1995 roku na stałe w Polsce, nie mam nostalgii, bo inaczej nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej poza ojczyzną. Mam jednak tęsknotę za domem, za przyjaciółmi, za miastami, które kocham i za zwykłą rosyjską mentalnością. Tęsknię za Uspieńskim Soborem – pięć pozłacanych okrągłych kopuł – wybudowanym na najwyższym wzgórzu i widocznym ze wszystkich stron. Za rzeką Dniepr, w której jako mała dziewczynka uczyłam się pływać. Tęsknię za Moskwą, gdzie zostawiłam swoje przyjaciółki, za Arbatem – dzielnicą zamieszkałą przez aktorów, reżyserów i elitę rosyjską. Za Newskim Prospektem, za ruchem tak niesamowicie szybkim, za gwarem tak różnojęzycznym. Pośpiech w Moskwie zawsze porównywałam z biegnącymi na wyścigu końmi, które mają na oczach klapy i nic nie widzą prócz mety. Bardzo tęsknię za Teatrem Wielkim i za baletem. Za żywymi kolorami. Moskwa w nocy żyje tak samo intensywnie jak w dzień. Tęsknię za blinami z kawiorem, za suszoną rybą „Taranka” i za naprawdę rosyjskimi pierogami, które piekła moja babcia Wasilisa z mąki pszennej zmieszanej z mąką żytnią, w środku kartofle z podsmażaną słoninką i mięsem z cebulką, albo z kapustą. Jak babcia wyjmowała pierogi z pieca, skórka błyszczała brązowo-złotym kolorem, były duże i tak smaczne, zarówno na ciepło jak i na zimno. Tęsknię za grubą słoniną w środku z mięskiem natartym solą, czosnkiem, papryką słodką i ostrą, za grzybami grudz, które moja mama przekładała solą, a w zimę mieliśmy je jak świeże z lasu. Tęsknię są Sankt Petersburgiem (kiedyś Leningrad), gdzie mieszka mój wujek. W Rosji nazywają to miasto Wenecją Północy. Często tam wyjeżdżałam, żeby popatrzeć na białe noce i na mosty otwierane co noc. Ermitaż – na zwiedzenie go nie wystarczyło mi tygodnia. Pałac Zimowy wybudowany przez carycę Elżbietę, w którym mieszkała cesarzowa Katarzyna II. I niesamowici ludzie, którzy przeżyli blokadę w czasie wojny z bólem i w wielkiej godności, tacy spokojni i mądrzy.

Tęsknię za Soczi, za Czarnym Morzem, za delfinami wyskakującymi z wody. Za trzypiętrową restauracją – Sala Błękitna, Sala Czerwona, Sala Zimowa. Nie było mnie stać cokolwiek tam zamówić, ale patrzyłam na jeziorko zrobione pośrodku, po którym pływały łabędzie w swej nieskazitelnej gracji.

Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mam dwa domy: ten, za którym tęsknię – to moja ojczyzna i ten, który wybrałam w Polsce, który kocham i w którym czuję się bezpiecznie i dobrze. Każdy z nas ma tęsknoty i wspomnienia, których nikt nam nie odbierze, bo są w naszej pamięci i sercu.

Walentina

Ty i ja

Ty i ja

Całkiem sobie obce

A jednak podobne

Lecz każda z inną przeszłością

Z odrębnym początkiem

Jak dwa różne światy

Zmuszona przez okrutny czas

Na jednej orbicie życia trwać…

Ty i ja

zalęknionym wzrokiem

Patrzymy sobie w oczy

Jedna drugiej spijają z ust

Gorzkie łzy prawdy

I nagle spłoszone

Drgnięciem własnych serc

Chowamy się za powiekami strachu

Ocierając się o ból…

Ty i ja

Obydwie zhańbione

Wydrwione za własną człowieczość

Chylimy przed Bogiem

Czoła pełne wstydu

Gorliwie modląc się

O kolejny normalny dzień…

Ty i ja

Rezygnując z marzeń

Chowając do kieszeni wstyd

Robimy co do nas należy

Nie zważając, że życie

Swoje nam dołoży:

Próbujemy stworzyć naszym dzieciom

Lepszą przyszłość

Lecz tylko nasz grzech

Jest ich dziedzictwem…

Ty i ja

Więźniarki….

Autorka wiersza: Marita

Wschód – Zachód

Polska nie jest wielkim krajem. Podróżowałam po niej często. Na wolności na wiele rzeczy nie zwraca się uwagi, jednak po tej stronie zupełnie inaczej postrzegamy świat. Rzeczywistość jest trochę inna, ma inne odcienie.

Chcę napisać o ludziach, których spotkałam w Grudziądzu w czasie mojego trzymiesięcznego pobytu w ZK nr 1.

Poprzednim razem byłam tam w 2003 r. Trzynaście lat temu byłam gówniarą i mało jeszcze o życiu wiedziałam. Chwaliłam sobie Grudziądz, dlatego pełna optymizmu jechałam i tym razem. Okazało się, że moje wspomnienia były zakłamane – „bilbordy kłamią”.

Większość, stanowcza większość towarzystwa, które tam spotkałam, pochodziła z zachodniej części Polski, a dokładnie z województwa zachodniopomorskiego. Pełna pozytywnej energii i pozytywnego nastawienia do życia, które uważam za wielki dar, przybyłam do Grudziądza. Co tam zastałam?

Masę młodych dziewczyn, bez wyrazu twarzy. Niechęć do wszystkiego aż od nich raziła. Pomyślałam, że coś złego musiało się tu wydarzyć. Nastroje panowały jak po II wojnie światowej i tylko problemy, po których panował ten nastrój były błahe, bez jakiegokolwiek znaczenia. Ile lat żyję, nie widziałam tak smutnych ludzi. Jakby byli zarażeni wirusem niechęci.

Postawiłam sobie nowy cel: zmienić nastawienie tych ludzi. Byłam pełna zapału, jednak poległam. Za dużo nienawiści, smutku i paranoi. Tak mnie przytłumiła ta atmosfera, że strach pojawił się we mnie, strach, że stanę się taka, jak oni…

W samą porę pojawił się transport, który zabrał mnie z powrotem do stolicy. Uśmiech nie znikał mi z twarzy przez całą drogę. Dojechałam i znowu poczułam tę radość z otaczających mnie ludzi. Dziękuję Dziewczynom za te uśmiechy i radość życia. Dajecie mi siłę i chcę również Wam ją dawać.

Zastanawiam się, dlaczego 300 kilometrów robi tak wielką różnicę w mentalności ludzi? Nie znam odpowiedzi, ale znam odpowiedź, gdzie chcę pozostać, w trakcie odbywania kary i po wyjściu – w Warszawie, pięknej i chaotycznej Warszawie, za którą przelali krew Powstańcy w 1944 roku.

Jak wiele zmienia uśmiech.

Poli

Nasze wymarzone wakacje, czyli sezon ogórkowy w pełni

Moje wymarzone wakacje to wakacje z dziećmi, obojętnie, w jakim miejscu, w Polsce albo zagranicą, oby na wolności.

Rybcia

  ♦

Chciałybyśmy spędzić wakacje nad morzem, w gronie rodzinnym, minimum dwa tygodnie. Oczywiście nad naszym polskim morzem.

Błękitne miękkie fale na fioletowym tle, a małe białe kraby chodziłyby bokiem.

Permanentny zachód słońca, kolory wyraziste – odcienie i nasycenie.

Wszystko dla nas fajne.

Palma przy palmie (to już zagranica 🙂 i my – chillautowe wakacje, stan ducha.

Thx.

Ilona i Batory

 ♦

 

Moje wymarzone wakacje w tym miejscu to po prostu wizja w mojej fantazji. Chcę przenieść się do „carskich ogrodów”, gdzie są róże, jeziorko, a w nim pływające łabędzie – raj na ziemi.

Wala

 ♦

 

A ja chciałabym (już kiedyś o tym pisałam) cygańskim wozem pojeździć po całej Europie.

Małgosia

  ♦

Chciałabym pojechać w trasę i zwiedzić zamki w naszej Polsce, bo czytałam ostatnio, że mamy ich wiele i są bardzo interesujące. Zwiedzać je z plecakiem na plecach i spać w namiocie.

Monika

  ♦

Góry, morze, plaża, słońce – ciepły klimat, w egzotycznym kraju. I ja wraz z przyjaciółmi opalająca się na plaży, bawiąca się wieczorami – tego teraz pragnę.

Sarna

  ♦

Moje ulubione miejsce na wakacje to las, łono natury z dala od zgiełku, ludzi. Zupełnie odcięta od świata. Nocne ogniska. Tylko ja, mój ukochany i przyroda. Od wielu lat tak spędzam wolny czas. Jest super – polecam.

Dada