Święta Bożego Narodzenia

Małgosia

Już kiedyś pisałam, że ten czas jest dla mnie wyjątkowo przyjemnym czasem. Uwielbiam celebrowanie Świat i wszystko, co jest z nimi związane, od przygotowań, przez wesołą bieganinę, aż w końcu po ten moment, gdy już się siedzi razem przy stole.

Ponieważ jednak o tym już było w zeszłym roku – pozwolę sobie na drobną „wspominkę”, która się ze Świętami też ciągle kojarzy.

Mam młodszego brata, różnica wieku między nami to cztery lata. Teraz jest już dorosłym, cudownym mężczyzną. Kiedy był mały, bardzo czekał na Święta, ale nie cieszył się całym gwarem ani niczym innym zbyt specjalnie, poza ubieraniem choinki. A najbardziej cieszył się tym, co pod tą choinką będzie dla niego. Co chwilę wyglądaliśmy przez okno, aby wypatrzeć pierwszą gwiazdkę i do tego momentu był zainteresowany Świętami z całych sił. Biegał jakby mu ktoś baterie zainstalował. Rozdawanie prezentów spod drzewka zawsze chyba trwało dla niego zbyt długo, ale kiedy już dostał wszystko, co do otrzymania było, rozpakowywał i oglądał błyskawicznie. Po tym, jak już rozpakował i pooglądał nie mijała długa chwila, padało pytanie: „Mamo, jedziemy do domu?”. 🙂 I tak było przez kilka lat z rzędu. Obserwowaliśmy jego radość z otwierania podarunków i odliczaliśmy, ile czasu minie do chwili zadania pytania :). Bo to znaczyło, że dla niego Wigilia trwa tylko do czasu, gdy dostał to, co było dla niego :).

Teraz, kiedy wspominamy to, zaśmiewamy się w głos. Nawet takie najdrobniejsze przypominajki sprawiają, że człowiekowi cieszy się paszczydło i dzięki nim dużo łatwiej jest przetrwać czas Świąt w tym miejscu. Na szczęście, mam zapas takich wspomnień i mogę z nich teraz korzystać, wydobywając je z zakamarków pamięci.

Kocham tego mojego młodszego „szajbniętego” braciszka najbardziej na świecie :). Właśnie choćby za takie rożnego rodzaju mniej lub bardziej głupkowate wspomnienia.

Fajnie jest, że bez względu na wszystko, dla mnie będzie po pierwsze zawsze jedynym braciszkiem pod słońcem, a po drugie – zawsze najmłodszym. 🙂

Jestem szczęściarą, że właśnie jego dostałam od życia…., bo braciszka to sobie wymarzyłam. Ale to już inna opowiastka… 🙂

Magda

Życzenia

Witam wszystkich Czytaczy bloga.

Chciałabym złożyć najszczersze życzenia z okazji zbliżających się Świąt, odbrobiny ciepła dzięki szczeremu uśmiechowi i radości w smutku dzięki ludzkiej miłości, a także nadziei na lepsze jutro w chwilach niepokoju.

Życzy Magda

Małgosia

 Jak chciałabym spędzić Święta

Na tak sformułowane pytanie ciśnie się cała masa różnorakich odpowiedzi.

Chciałabym przykładowo:

– pojeździć na nartach w górach

– ponurkować na Florydzie

– polecieć na księżyc

– psim zaprzęgiem zjeździć Alaskę

– ubierać choinkę na Marsie też bym chciała.

Najbardziej jednak na świecie chciałabym spędzić Święta w domu z mamą i wszystkimi swoimi bliskimi, choć to takie przecież banalne.

Dada

Z czym kojarzą mi się Święta

Święta to zapach choinki przyniesionej tydzień przed świętami. Ś.p. Babcia, która krzątała się w kuchni. Aromaty, które unosiły się aż do ulicy. Cukierki, które zamiast wisieć na drzewku ozdobnym wędrowały do mojego brzuszka. Mam takie zabawne wspomnienie: ja, taki mały kajtek, chowałam się pod stolik, a Dziadek mnie szukał.

Jeśli chodzi o moje wymarzone święta – to pragnienie, które nigdy nie zostanie spełnione – aby moja cała rodzina spotkała się przy jednym stole. Dążyłam do tego nie raz, ale nigdy się nie udało.

Tak więc, Kochani Czytacze, tego Wam w tym roku życzę. Bo cóż, że będzie pięknie stół zastawiony, choinka pod sufit, kupa prezentów „wymarzonych”, gdy siadasz do stołu i zdajesz sobie sprawę, że jesteś sam.

 

Życzę Wam małego stołu, skromnej choinki, ale za to całej rodziny. Ona wynagrodzi wszystko. Żadne bogactwa w święta nie zastąpią rodziny i miłości, która powinna być w każdym domu.

Tego Wam życzy Dada.

Naprawdę dobra nowina

Nie ma chyba weselszych spotkań niż świąteczne na oddziale zamkniętym w więzieniu dla kobiet w Areszcie na Grochowie. W małej świetlicy, na stojąco, blisko 30 osób składa życzenia, przytula się, śpiewa kolędy, smakuje potrawy, a przede wszystkim bardzo się cieszy. Jest energia, jest moc, jest dobra nowina. W tym roku Jan Bokszczanin, artysta muzyk, organista, przyszedł na spotkanie do więzienia z organami. Zaprosił go Darek Żukowski, nasz przyjaciel artysta – roślinnik. A w świetlicy, przypadkowo spotkaliśmy Sylwię, świetlicową, która ogarniała pomieszczenie po poprzednich zajęciach. I co się okazało? Że Sylwia potrafi grać na organach, bo skończyła szkołę muzyczną. Od razu powstał duet, który grał przez całe spotkanie nie tylko kolędy. Darek zaś uchylał drzwi i wypuszczał muzykę na korytarze. Artysta Andrzej Budek (Kotbury) obdarował Dziewczyny choinkami. Choinki z tektury, patent Budka, do samodzielnego złożenia, jak ulał do celi, w których świeżych drzewek być nie może. Dziewczyny będą je mogły pomalować, ozdobić, a potem przechować na płasko złożone do następnego roku. Fotografka Małgosia Brus i artysta Jacek Markiewicz przynieśli zdjęcia, które zrobili Dziewczynom podczas różnych imprez. A teraz obdarowali je odbitkami. Bliscy Dziewczyn dostarczyli nam poczęstunek. Był bigos, pierogi, sałatki, ciasta, kola i barszcz. Co prawda wszystko na zimno, ale naprawdę nikomu to nie przeszkadzało, było pyszne. Nasze Dziewczyny obdarowały nas pięknymi rękodziełami – kartkami z życzeniami i bombkami szydełkowymi. Dostaliśmy kwiaty i buziaki. Mieliśmy świąteczne obrusy, gałązki świerkowe, piękną złotą plastikową zastawę, a nawet świeczki. Wydawało się, że nie będzie końca rozmowom. Ale nie. Prawie pod koniec zaczęliśmy śpiewać kolędy bardzo głośno i bardzo wesoło. I pozowaliśmy do wspólnych zdjęć. A że świetlica naprawdę jest mała, trzeba było znaleźć jakieś dobre miejsce dla nas wszystkich. I to było śmieszne.

No a potem był obiad i musieliśmy się rozejść, każdy w swoją stronę, wrócić do rzeczywistości.

Ale moc pozostała z nami.

 Magda W.

Moja pierwsza Wigilia na Grochowie. Dziewczyny wszystkie były bardzo odświętne i przejęte. Nie wiem tylko, czy my nie byliśmy przejęci bardziej od nich. 🙂

Wspólne granie i kolędowanie, życzenia i uściski – dla mnie to było bardzo wzruszające i miłe. Szkoda, że nie spotkaliśmy się w pełnym komplecie i że to tak krótka trwało. 🙁

Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję, to było dla mnie niezwykłe wydarzenie.

PS. To mój pierwszy w życiu wpis na bloga.

 Magda W. W.

Spotkanie świąteczne z Dziewczynami z Grochowa przypomniało mi, że w świętach może być jednak coś magicznego. I to było bardzo wzruszające.

 Monika R.

Moje refleksje z tego pouczającego spotkania są takie, że mam szczęście, że nie jestem na miejscu Dziewczyn, że wyjdę i wrócę do swojego ułożonego świata. A one biedne zostaną tam i tylko od czasu do czasu ktoś przyjdzie i będzie przerywnikiem w ich smutnym życiu. Ta Wilejka i smutna, i wesoła była. Bardzo mocno zapadła mi w pamięć historia dziewczyny bez oka. Taka zła bajka. Albo opowieść dziewczyny, której zostały jeszcze 2 lata i cierpi na niesamowitą nudę. Były też matki, które nie chciały składać życzeń wigilijnych swoim dzieciom przez radio, bo mówiły, że przecież były złymi matkami.

 Agi S.

W czasie takich spotkań widać wyraźnie, że nasze skupienie na własnych codziennych problemach jest bezsensowne. Przeszkadza cieszyć się prostymi rzeczami. Wystarczy towarzystwo sympatycznych i ciepłych ludzi, żeby się naprawdę dobrze poczuć. Nawet nie przeszkadza, że barszcz w plastikowym kubku jest zimny.

 Małgosia B.

Wigilijne spotkanie z dziewczynami z zamka ma dla nas i dla nich niezwykłe znaczenie. Jest to okazja, żeby spędzić wspólnie święty czas na wzajemnych życzeniach i radośnie, i to dosłownie. Dzisiaj, czy to zasługa muzyki, czy dzięki wzajemnej atmosferze dawania sobie prezentów i przekazywania życzeń, stał się cud. Dziewczyny zgodnym chórem, w uniesieniu śpiewały kolędy, czuło się atmosferę prawdziwych Świąt. To była wyjątkowa wigilia, taka prawdziwa z opłatkiem i emanującą wzajemną radością.

 Justyna D. Sz.

To było fantastyczne spotkanie, pełne namacalnej radości. Muzyki, która otwierała ludzi na siebie jeszcze bardziej. Wymiany dobrej energii i wiary w przyszłość, potrzebnej Dziewczynom, które tam zostają i nam, ludziom, którzy mogą wrócić do swoich spraw na wolności. My przynieśliśmy im to, co umiemy robić, to, co mogliśmy kupić. One obdarowały nas prezentami zrobionymi w warunkach, w których nie ma niczego i wszystkiego brak. W takich prezentach jest zawarta ludzka miłość.

 Beata M. B.

Święta to magiczny czas dla wszystkich. Zazwyczaj wigilie spędzamy, w domu, w rodzinnym gronie. Wczoraj jednak byłam na spotkaniu wigilijnym w zupełnie niezwykłym miejscu. W pełnym składzie Fundacji wraz z  przyjaciółmi zawitałyśmy na grochowskim zamku. Panowała naprawdę rodzinna atmosfera. Były potrawy wigilijne, opłatek, życzenia, prezenty. Śpiewaliśmy kolędy przy akompaniamencie organów, na których na cztery ręce grała jedna z osadzonych i zaprzyjaźniony z nami artysta – organista. Miejsce wydawać by się mogło zupełnie nieciekawe, a jednak tym bardziej zmuszające do refleksji i głębokiego wzruszenia. Dziękuje za to spotkanie.

 Ela W.

To była Wigilia pełna muzyki, życzeń, przysmaków, prezentów i niespodzianek. Przygotowało ją wiele osób – Dziewczyny z grupy blogowej, ich rodziny, przyjaciele. Nie wszyscy mogli wziąć w niej udział – tych nieobecnych pozdrawiam bardzo gorąco.

 Darek Ż.

To była naprawdę Dobra Nowina! Dziękuję wszystkim!!!

Redakcja

Święta już tuż tuż

Powoli udziela się świąteczny klimat, czuć już magię w powietrzu, ludzie dookoła zaczynają mówić tylko o tym – o Świętach Bożego Narodzenia. Fajnie naprawdę, pomimo że jestem tutaj, to się cieszę, że święta już za pasem.

Uwielbiam dzielić się opłatkiem: ten trzask łamanego opłatka, spojrzenie prosto w oczy i wypowiedzenie najszczerszych życzeń z głębi serca – kocham to. W tym miejscu robię to na widzeniu z moimi bliskimi  , z Wujkiem i przyjacielem. Dzielę się też opłatkiem z ludźmi, którzy przychodzą do nas z Fundacji “Dom Kultury”.
Może to trochę za wcześnie, ale już teraz chciałabym życzyć wszystkim Czytaczom bloga wszystkiego co najlepsze. Spokojnych i radosnych Świat Bożego Narodzenia.
Aneta

Pożegnanie Wali

 

Walentiny nie ma już w zespole blogowym, w więzieniu na Grochowie, na świecie…

Była w naszej grupie niespełna dwa lata. Skupiona, stonowana, zawsze bardziej nastawiona na słuchanie niż wypowiadanie się, życzliwa i sumienna.

Marzyła, żeby nauczyć się języka niemieckiego, zdążyła już zgromadzić materiały.

Ostatnio napisała piękny tekst na bloga o swojej ojczyźnie, Rosji i o Petersburgu.

W sierpniu pisała, że chciałaby się schować pod płaczącymi gałęziami brzozy i zapomnieć o wszystkich codziennych troskach.

Nikt nie pomyślał, że to stanie się tak szybko…

Żegnamy Cię, Walentino.

Redakcja

Rzeczy powszednie

Wprawdzie nie mam dobrych wspomnień z domu, tym bardziej, że przebywałam w nim tylko 11 lat, które były niebem (czasami) i piekłem (częściej), to może napiszę, jakbym chciała, żeby ten dom wyglądał. Mianowicie w domu powinna być miłość, która została zbudowana na fundamentach wzajemnego pomagania sobie w każdej sytuacji, wspierania w chwilach zwątpienia, wzajemnego szacunku, zaufania, spędzania wolnego czasu razem w normalne dni, nie tylko w Boże Narodzenie, Wielkanoc bądź na pogrzebach. Szczere rozmowy oraz akceptacja, niezależnie od tego, kto jakim jest człowiekiem, czy jak wygląda i kim chce być.

By można było z uśmiechem na twarzy, motylami w brzuchu, poczuciem euforii przekraczać próg drzwi, za którymi jest dom.

Jedzenie

Jedzenie kojarzy mi się z relaksem – odpoczynkiem w danej chwili oraz chwilą, w której mogę pomyśleć o czymś innym, np. zaplanować dzisiejszy wieczór „gdzie, z kim i o której”. Rzecz jasna, poza krainą tysiąca komnat i jednego klucza, bo w tej krainie przy jedzeniu mogę się zastanawiać, co w kolejności dzisiejszego wieczoru mam uprać, skarpetki – spodnie – skarpetki? – no z tym, to mam dylemat :).

Słońce

Słońce kojarzy mi się z latem, choć nie tylko o tej porze roku występuje :). Kojarzy mi się z wakacjami, które na zamku trwają 365 dni, relaksem oraz przyjemnością, gdy słońce mnie przypieka.

Słońce kojarzy mi się również z silną motywacją, którą od niego dostaję rano, gdy mnie budzi.

Spacer

Spacer to odpoczynek, czas na przemyślenia, poukładania sobie wszystkiego w głowie. Kojarzy mi się z kondycją, dotlenieniem mózgu i nie tylko. Wiadomo przecież, że bez odpowiedniej ilości tlenu stajemy się jak Edward Patison ze „Zmierzchu” :).

Przyjaźń

To dobre pytanie: z czym kojarzy mi się przyjaźń. Silnym słowem dla przyjaźni jest zaufanie. Bez tego przyjaźń nie ma żadnego znaczenia. Bo po co nazywać kogoś przyjacielem, jeżeli nie można mu powiedzieć, dlaczego płyną ci łzy? Przecież jeśli mu powiesz, będzie ci lżej! No tak, boisz się, że będzie o tym rozmawiał z kimś innym. To nie przyjaźń, to znajomość.

Przyjaźń jest wtedy, gdy ufacie sobie nawzajem, gdy można liczyć na siebie w każdej sytuacji. Przyjaźń to wsparcie, pocieszenie, wspólnych śmiech i płacz, wspólne rozwiązywanie problemów, wspólne konsekwencje, wspólna akceptacja, oczekiwanie na kolejne spotkanie, by można było dowiedzieć się, czy wszystko w porządku.

Przyjaźń to po prostu być bezwarunkowo, pomimo wszystko i przeciw wszystkiemu.

Wolność

Tutaj na zamku wolność kojarzy mi się ze strachem, obawami, smutkiem i tęsknotą. Dlaczego ze strachem?

Bo po tamtej stronie czeka mnie odpowiedzialność – dom, szkoła, praca – ja….

Obawa przed chwilą załamania, zwątpienia, upadku. Smutek – tutaj na zajęciach, pomimo różnych relacji między nami, mam swoją rodzinę, a tam, na wolności, pomimo że mam rodzinę, jest brak akceptacji, tęsknota za osobami, które tu zostają, a są mi bliskie.

Wiadomo, że jak się stąd wychodzi, wszystko zmienia się o 180 stopni. Z czasem zapomnę o tym miejscu, ale nigdy nie zapomnę o ludziach i o tej co w jedną sekundę doprowadza mnie do szału, a jednym gestem sprawia, że zapominam o gniewie.

Chciałabym być wiatrem, wtedy więcej bym napisała o wolności.

No to buziaki.

Pozdrawiam

Batory

Dzieciństwo

„Łowiczanka jestem z samego Łowicza hmm… coś tam, coś tam, wianków nie wyliczam’”.
Tak to jakoś leciało – więc już wiecie skąd pochodzę. Łowicz – zbyt wiele o tej miejscowości Wam nie napiszę. Na pewno mogę powiedzieć, że się tam urodziłam, a z opowiadań wiem, że są tam piękne kościoły, jest też stary zamek (ruiny zamku). Łowicz również słynie z pięknych strojów łowickich, zwanych po ludowemu ”pasiaki”. Jeśli nic Wam to nie mówi, wystarczy spojrzeć na mleko łowickie. W realu są one przepiękne, kogo interesują takie rzeczy, to warto żeby zobaczył.
Chciałam Wam tak naprawdę napisać o szczególnym dla mnie miejscu, w którym przeżyłam wspaniałe 4 lata swojego dzieciństwa, bo tyle było mi dane. Gdy miałam okołu pięciu lat dziadkowie zabrali mnie na wieś znajdującą się pod Łyszkowicami. W tamtym okresie myślałam, że wzięli mnie tylko po to abym im tyrała w polu. Dziś nie jest to spotykane, krzykniesz na dziecko i już masz problemy. Nie byłam zadowolona, gdyż dosłownie we wszystkim musiałam pomagać, na zasadzie zasłużysz, to dostaniesz. Babcia zawsze powtarzała „Za darmo nie ma nic, drogie dziecko, praca popłaca”. Pamiętam jak jeździła 3 km do najbliższego sklepu. Ja uwielbiałam lody, wysyłała mnie na pole, musiałam uzbierać parę łubianek truskawek i kiedy wracałam w lodówce czekał na mnie lód. Tak się przyzwyczaiłam, że jak miałam na coś ochotę, to biegłam z pytaniami, czy trzeba w czymś pomóc. A babcia zadowolona była, że wychowuje mnie zgodnie ze swoimi zasadami, czyli „wilk syty i owca cała”. Złościło mnie to, choć nie mogłam tego okazać, bo wiedziałam, że bierze za mnie pieniądze, które tak naprawdę są moje.
Bardzo bym chciała mieć moc cofania się w czasie, mieć znów 7 lat i przeżyć to od nowa. Byliśmy biedną rodziną, ale kochającą – oni mnie kochali, mnie uczyli kochać. Napiszę prostymi słowami: biedne wieśniaki, nie stać nas było na traktory czy wynajem kombajnu. Wszystko u nas odbywało się ręcznie, my byliśmy traktorami :). Może poza koniem, który bardzo nas wyręczał, np. w bronowaniu, szacun dla konika o imieniu Kropek :). W żniwa szliśmy na piechotę na pole, którego końca nigdy nie było widać. Gdy stałam na górce wydawało mi się, że het pod lasem się kończy piękny widok, same pola. Obok naszej ziemi rozpościerała się przepiękna trawa. Uwielbiałam tam buszować na boso, przyjemnie łaskotała mnie w stopy, żywy dywan. Jednak czas laby szybko się kończył, dziadek już zaczął kosić, za nim babcia, która zbierała trawę w kupki. Dalej moja rola, za nią na samym końcu ledwo widoczna, wiązałam w snopki i stawiałam domki, na które mówiłam indiańskie. W przerwie chowałam się do środka i spożywałam obiady. Babcia jechała do domu 1,5 godziny wcześniej i przywoziła kluseczki domowej roboty ze śmietaną i truskawkami, mniam :).
Czasem znajdowałam też czas na zabawę. Miałam dużą lalę, z długimi włosami, które szybko straciła. Moja wina? Nie! A kto położył nożyczki na stole? 🙂 Lala była bardziej moim pomocnikiem, w niedziele i sobotę po obiedzie, chodziłam za stodołę pilnować małych gęsi, kiedy się pasły. A ja z lalą pod jabłonką prowadziłam dialogi do wieczora. To znaczy, wiecie, gadałam sama ze sobą i teraz też czasem ze sobą gadam. A co? 🙂 Kładłam się na koc, patrzyłam w niebo i z chmur układały się postacie, zawsze mi się to podobało. Sąsiad znów zaczyna, rżnie drzewo aż wióry lecą, hałasuje i zakłóca mój spokój. Nie mogę nic z chmurek ułożyć, bo mnie rozprasza, ale co tam, w zamian za to mam zapach świeżo ciętego drzewa. Ciepły wiatr targa moją grzywkę a ja zamykam oczy i myślę o niebieskich migdałach.
Całą zimę siedziałam w domu. Czasem wychodziłam na kulig, zabawy co nie miara. Dzieciaki ze wsi się zbierały, każdy coś przyniósł, jedni koce, jaśki, inni ciepłe picie. Jeden dorosły i my, zgraja dzieciaków. Mnie dziadek sadzał w drugim rzędzie, bo twierdził, że tam bezpieczniej. Zawsze chciałam na końcu, co z tego, że mogłam spaść. Lepsze to, niż jak koń bąka puścił… nieciekawa sprawa :).
Wiosna na wsi to raj dla zmysłów. Roztapiający lód, który lśnił w słońcu, aby później ukryć się w szczelinach betonu i zniknąć na zawsze. Moja kochana jabłonka, która budziła się do życia. Lubiłam patrzeć, jak pąki otwierają się z dnia na dzień. Chodziłam z konewką wody, która była chyba cięższa ode mnie i uważałam, że to dzięki mnie, bo o nią dbam. W mieście robaka widzimy i trzeba się go pozbyć. Gdy wiosna się budzi, to wraz z nią wszelakie małe stworzonka, którymi natura nas obdarzyła. Babcia zawsze mówiła: ”Wypuść tą mrówkę ze słoika, chciałabyś, żeby Ciebie tak ktoś zamknął? Ona też czuje”. Kiedyś przez stonkę dostałam pasem, bo spóźniłam się do szkoły, a ona przez jezdnię przechodziła i nie chciałam, aby ją auto rąbnęło – dziwna ta babcia, myślałam najpierw, karze mi o nie dbać, a jak to robię, dostaję lanie. Wiecie co to stonka? Szkodnik ziemniaka!

Sianokosy to czas, kiedy pracujesz, pracujesz i końca nie ma chyba nigdy. Rano na pole, czasem na piechotę, czasem wcisnęłam się na siodełko i z płaczem, bo niewyspana. Kijek w dłoń, trząsasz, grabisz… i tak nieraz przez trzy dni to samo, aż siano będzie suche. Potem w kupki na wóz i do stodoły. Moja ulubiona chwila to jazda na wozie, w takim stosie co to kłuje (uwierzcie mi to euforia). Przyjemnością było dla mnie, gdy musiałam iść dwa kilometry, aby krowy na polu przewiązać, a po cichu do kieszeni mały kubeczek, aby udoić od krowy ciepłego mleka z pianką. Nie wolno mi było tego robić, bo krowy mają swoje pory dojenia: rano o 5.00 i 12.00 i np. 20.00, ale co tam, przecież krowa babci nie powie. Nawet jeśli by się dowiedziała, to warto dla takiego kubeczka dostać ścierą po głowie. W drodze powrotnej zatrzymywałam się nad stawami, aby pobawić się z kijankami. Chowałam się, aby mnie nikt nie widział. Zawsze obiecywałam, że zaraz wrócę i nigdy nie dotrzymałam słowa, to było silniejsze ode mnie.

Niedzielny obiad babci pobudzał kubki smakowe. Już w sobotę cały dom wypełniony był zapachami wypieków. Makowiec w jej wydaniu to mistrzostwo, jabłecznik ze zeszłorocznych jabłek ze słoika oraz sernik – ze swojego sera. Chlebek sama piekła z prawdziwym masłem, z wędzoną kiełbasą zrobioną przez dziadka. Przeżycia nie do opisania. Jeszcze lepsze przeżycia miałam, kiedy wsadziłam łapę do wędzarni, aby uszczknąć choć kawałek, bo mi ślinka leciała i się poparzyłam.
Kochane Ludziska wspomnień pięknych z tego jakże przecudownego miejsca mam tak dużo, że mogłabym książeczkę napisać. Nie wiem, czy to się zmieści, ale powiem Wam jedno: cieszę się, bo choć jestem biednym człowiekiem, nawet własnego lokum nie posiadam, ale czuję się bardzo bogata właśnie przez te 4 lata najcudowniejszych wspomnień, których nikt ani nic nie jest w stanie mi zabrać. Mogę zgubić coś, mogą ukraść mi portfel, ale moje wspomnienia są bezpieczne, ponieważ do końca pozostaną w mojej głowie oraz serduchu.
Najwspanialszej kobiecie, którą była moja babcia, dwa słowa, których nigdy nie miałam okazji jej powiedzieć: Dziękuję, za dzieciństwo, kocham, bo Ty mnie tego nauczyłaś.
Przepraszam, że nie byłam wnuczką, jaką powinnam być.

Pozdrawiam wszystkich, którzy nas czytają i wspierają. Szczególne podziękowania dla Dagi za odpis Moja Strata – moje straty.

DADA

 

Nasze ikony

I w sumie mogłabym zacząć o ikonach pop-kultury, typu Michael Jackson, Madonna czy Depeche Mode :), ale ja autentycznie tym razem o ikonach chcę pisać. Takich prawie najprawdziwszych, choć nieudolnych, bo też są fajne.
Od jakiegoś czasu odwiedza nas Łukasz, który jest konserwatorem zabytków, takim z krwi i kości, i jeszcze z zamiłowania.
Najpierw opowiadał nam o tym, czym się zajmuje i muszę powiedzieć, że do opowiadania ma dryg, bo nie dość, że słuchałyśmy z szeroko rozdziawionymi buziami, to zaraz po tym miałam ochotę biec i szukać skarbów na każdym jednym napotkanym strychu – nie tylko kościelnym ;). Pokazał nam na zdjęciach efekty swojej pracy i naprawdę robi to wrażenie.
Tak nam się to spodobało, że na samym opowiadaniu się nie skończyło.
Pomimo ogromu pracy, Łukasz wpada do nas w miarę możliwości i teraz tworzymy ikony.
Żeby być dokładną: piszemy ikony.
Ja wybrałam sobie archanioła Gabriela i do pewnego etapu tworzenia go było całkiem ładnie – jak na pierwszy raz i jak na osobę, która nie ma żadnych zdolności plastycznych. Ale zaczęły się schody.
Było przyzwoicie do chwili, gdy po pozłoceniu trzeba było zacząć malować. No taka „kolorowanka”, że daj pan spokój! Kiedyś przy kolorowankach to trzeba było zwracać uwagę, żeby nie powyłazić za kreskę, a tu taka technika, że zginęłam, gdy musiałam mieszać farby o takich kolorach, których nazw już nawet nie pamiętam.
Cieniować to nie potrafię w ogóle, więc na tym etapie, na którym został, mój Gabriel wygląda raczej jak klaun z książki „To” S. Kinga, a nie archanioł!
Jeszcze się go nie boję, ale jak tylko zobaczę gdzieś baloniki, to padnę trupem jak nic!
Mam nadzieję, że na kolejnych zajęciach uda mi się z pomocą sił wyższych lub raczej Łukasza doprowadzić moją ikonę do stanu oglądalności. Wtedy może pstryknie się fotkę, żeby nasi Czytacze mogli też popatrzeć. Chociaż takiego Kingowskiego też by można Wam pokazać – jak już nie spać, to nie spać – i tym sposobem przejdziemy do „Bezsenności” też Kingowskiej.
Ale tak na poważnie, pisanie ikon to nowe doświadczenie bardzo przyjemne dla mnie.
Oczywiście, przypomina mi się taka historia sprzed kilku lat, gdy bodajże w Hiszpanii w jednym z kościołów był fresk z twarzą Jezusa i z braku może funduszy nie był on restaurowany. Jedna z tamtejszych parafianek, domorosła konserwatorka, postanowiła zająć się sprawą i po swojemu DOMALOWAŁA Chrystusowi twarzyczkę. Wszystkie telewizje pokazywały tą twarzyczkę, bo bohomaz wyszedł pierwsza klasa.
Teraz my pokażemy nasze archanioły z naszymi buźkami i zdetronizujemy tamtą panią na bank.
Mam jednak nadzieję, że efektem końcowym pracy nad naszymi ikonami będą twarze, na które da się patrzeć bez lęku :).
Pozdrawiam, Małgosia

Ach, cóż to był za grill…

Ponieważ Aneta B z grubsza opisała tą historyczną imprezę, to nie będę się jakoś zbyt szeroko tu rozwodziła.

Jeszcze raz chciałabym podziękować WSZYSTKIM osobom, dzięki którym to spotkanie mogło mieć miejsce.

Dla mnie było to wielkie coś, bo nie dość, że miałam okazję posiedzieć z moją przyjaciółką i pogadać, to jeszcze najadłam się przypalonej na węgiel kiełbaski aż „po kokardę” ;). Zwęglona kiełbaska + zwęglony chlebek = umorusana gęba i brudne ręce. Radocha była ogromna. Czarne od węgla żabki szczerzyły się maksymalnie i jeszcze po powrocie do celi czułam zapach, bo wszystko osiadło elegancko na ubraniu. Śmiałam się sama z siebie w głos, bo tylko prosiłam Batorego „przypal tą kiełbasę i zjaraj chlebek”. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio najadłam się aż tyle węgla :). Zakładam, że gdybym mocniej ścisnęła pośladki, to wypadłby spory diamencik ;).
I tym głupkowatym zdaniem skończę ten mój pościk ;).

Małgosia

BÓL PRZEBUDZENIA

Za każdym razem gdy otwieram oczy i z powiek strzepuję resztki snu, próbuję z pierwszym świadomym wdechem wchłonąć w siebie obietnicę, którą obdarza mnie kolejny świt. Obietnice na odzyskanie samoświadomości, którą przez ostatnie lata skutecznie w sobie stłamsiłam.

Świadomość znienawidzoną, zmuszającą mnie do patrzenia w jej zwierciadło. Nie chciałam patrzeć, ponieważ to, co z każdym mijającym rokiem pokazywało, przestawało mi się podobać. Nie chciałam przyznać, że ta odbijająca się brzydota – to ja… Gdy sumienie waliło po głowie, zamykałam umysł. Świadomość gasła. W moim wnętrzu zagościł mrok pokrywając resztki tego, co dobre i jasne. Nie dostrzegałam już nic, błądziłam po omacku, gubiąc się we własnych labiryntach, o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. Popychały mnie już tylko złe pragnienia, coraz bliżej dna duszy. Zatraciłam się w nich. Przestałam odczuwać w sobie człowieczeństwo. Przestałam chcieć żyć i dążąc uparcie do samodestrukcji, topiłam się w narkotycznej iluzji fałszywego szczęścia i szybkiej śmierci.

Jednak życie nie zrezygnowało ze mnie, pchnęło los do działania a ten uwięził mnie, wstawiając kraty w okna i wykręcając klamki z drzwi. Skazał mnie na konfrontację z samą sobą. Postawił mnie przed gniewem sumienia, które stało się moim największym sędzią i najgorszym katem. Nie sposób stąd uciec – przed swoimi lękami i deficytami, które muszę w końcu zaakceptować lub z nimi walczyć, a nie jak dotąd wypierać.

Narzucona trzeźwość spełnia swoje zadanie. Zdziera wrośniętą zasłonę z mych oczu, rozprasza mrok zapomnienia. To mozolny i bolesny proces. I tak powoli każdy dzień otula mnie wspomnianą obietnicą przebudzenia. Każdy oddech o poranku wtacza w mój umysł świeży powiew świadomości A świadomość małymi promykami rozświetla moje serce i rozpala wiarę. Choć wiem, że zanim światło zabłyśnie swą jasnością we mnie, czeka mnie nieunikniony szok. Uderzy we mnie niedowierzanie nad ogromem czekającej mnie pracy i koniecznych zmian.

Wierzę, że sobie poradzę. Tęsknota za życiem w blasku dnia wpompuje w moje serce chęć pojednania się z nim!

ISTNIENIE

Przekroczyłam granicę rzeczywistości
Krocząc drogą bez powrotu
Pogrążając się w ciemnej otchłani ludzkiego wnętrza.
Błądząc korytarzami znaczeń wokół własnej duszy
Labirynt strachu i ignorancji
– to nienawiść.
Proste słowa tłumaczą złożone myśli
A ja nie chcę dziś myśleć!
Nadszedł czas szybowania w przestworzach ludzkiej natury
Wczoraj śniłam na jawie: Byłam wolna!
Wir moich myśli huczał mi w głowie
I tylko wodospady ciszy grały w rytm swoich narodzin
To wszystko i nic
Jestem tylko ja i mój strach
Tym większy im bardziej staram się go stłumić
Jak czas odlatuje moja dusza i jak ja odchodzi
Ponad płomienie nieświadomości
W zakątkach mej psychiki tworzy się myśl
Myśl człowieka zagubionego
Widoczna przez pryzmat tego co przeżyłam
To przykre doświadczenie losu
Pozostała mi już tylko walka o jeszcze kilka kolejnych chwil!
Ale po co?
– By zaistnieć!

Marita