Kiedy jestem zakochana – wielogłos o miłości

JEDEN

Kiedy jestem zakochana…

Nie myślę racjonalnie, popełniam gafy, ale najlepsze jest to, że wcale się tym nie przejmuję. Częściej się uśmiecham, jestem bardziej życzliwa dla ludzi.

Ciągle coś gubię, zostawiam, myślami jestem w świecie, którego nie ma, a mógłby być… hm… taki idealny.

Najchętniej byłabym z tą drugą osobą i nikogo więcej bym nie potrzebowała (no prócz córki oczywiście). Cały czas mam takie poczucie piękna, coś w stylu „mała księżniczka”. A to dlatego, że gdy jestem zakochana, częściej się maluję, ładniej się ubieram, i chcę być zauważona przez mego wybranka.

Z trzy miesiące – słuchajcie! – idę do domu i… w pole! Wskakuję w kalosze, serdak, moherowy beret i robię to, bo jestem zakochana i tylko tam możemy być razem. Czego dla tej miłości człowiek nie zrobi! Niech jeszcze mi chomąto założy i pole mną ora – to co! I tak będę obok niego.

DWA

Świeci słoneczko, jest piękna wiosna, listki są już zielone i trawka też jest piękna. Odpowiednia pora roku na miłość i nagle pojawia się ten jedyny, wspaniały, wymarzony chłopak. Gdy go widzę, drżą mi nogi, jestem speszona, czerwienię się. Ale to jest ON, chciałabym patrzeć na niego, rozmawiać tylko z nim. Nie obchodzi mnie nic innego, nie chodzę do szkoły, nie mam koleżanek, bo cały czas poświęcam na przebywanie z nim. Cały mój świat kręci się wokół niego. Czuję się tak, jakbym chodziła po chmurach. Mam nadzieję, że nigdy to się nie zmieni. Dbam o siebie bardziej niż zawsze. Jak wychodzę na spotkanie z mężczyzną życia muszę wyglądać perfekcyjnie. Włosy, ubranie muszą być idealne. Jeszcze nutka perfum i mogę iść. Tak wygląda moja miłość.

TRZY

Kiedy jestem zakochana…

Hm, ja jestem cały czas zakochana, co skutkuje tym, że bardzo tęsknię za miłością mojego życia. Kładę się wieczorem spać i przywołuję wspomnienia naszych pięknych wspólnych chwil. I co widzę? Przede wszystkim jego, przystojnego, niebieskookiego męża i widzę siebie – kobietę oddaną tej konkretnej osobie. Spełniam jego marzenia o ciepłym domu, o gotowym obiedzie, gdy wraca z pracy, o wieczornym myciu pleców i o wspólnym oglądaniu filmu w łóżku. Leżymy przytuleni do siebie, ja na jego ramieniu. Gdy widzi, że za długo siedzę w necie, mówi do mnie: „Chodź pod skrzydełko”. Kocham go bardzo, ale tylko dlatego, że on kocha mnie. Kocham jego miłość do mnie. Nikt nigdy mnie nie skrzywdził, bo nie potrafię kochać kogoś, kto nie jest w stanie odwzajemnić mojego uczucia.

CZTERY

Kiedy jestem zakochana?

Zakochana jestem wtedy, kiedy czuję, że przejmuję się losem tej drugiej osoby, kiedy ważne jest dla mnie bezpieczeństwo tej osoby, stan zdrowia, problemy.

Zakochana jestem wtedy, kiedy myślę o tej osobie bez przerwy, nie mogę się skupić na prostych czynnościach, bo cały czas głowa moja jest pogrążona myślami o niej.

PIĘĆ

On jest całym moim światem, bez niego nie potrafię żyć. Każda godzina, minuta bez niego jest czymś, co może doprowadzić mnie do szaleństwa. Duszę się, bo potrzebuję go jak powietrza. Za chwilę znowu jest przy mnie, moje życie nabiera barw, znowu jestem szczęśliwa.

SZEŚĆ

Wydaje mi się, że miłość istnieje. Choć bardzo lubię seks, nie uważam się za seksoholiczkę. Przejmuję się wszystkim i seks nie jest dla mnie tabu.

SIEDEM

Kiedy jestem zakochana, to…

Nie jestem samotna. Dlatego, że jest obok osoba, z którą chcę spędzać czas. A czas spędzony z nim jest przeżyciem, które będę wspominać z rozmarzonym uśmiechem w chwilach krótkiej rozłąki i z niecierpliwością czekać na spotkanie wkrótce. Żeby znów się przytulać, poczuć bliskość, która daje poczucie bezpieczeństwa… Czuję się kochana i chcę odwzajemnić tę miłość. Chcę brać, ale z pewnością jestem też gotowa dużo dać.

OSIEM

Kiedy jestem zakochana po prostu świat jest piękniejszy. Szare niebo staje się niebieskie. Wszystko jest fajne i miłe. Taki stan ducha pomaga spojrzeć przyjaźnie na innych ludzi. Myślę, że człowiek zakochany pewniej stąpa po ziemi. Czuje się dowartościowany i przede wszystkim potrzebny. A to wszystko dlatego, że wie, że ktoś tam jest, na kim może polegać, podzielić się łzami smutku czy radości. Czy można wyobrazić sobie coś wspanialszego???

DZIEWIĘĆ

Hej! Faceci, co się z wami dzieje. Nie wstyd wam, że przypominacie sobie o naszym istnieniu dopiero w Walentynki, Dzień Kobiet??…

Na litość boską, czy to tak ma wyglądać? To dopiero od święta wiemy, że nas kochacie? To nie jest OK.!!

Każdego dnia musicie okazywać Nam szacunek, miłość, bo my kobiety potrzebujemy Waszych silnych ramion, czułych słów, gestów, kwiatów, dobrego nastroju, potrzebujemy Was na co dzień, a nie od święta, czy to takie skomplikowane…, a może myślenie boli?

Więc Panowie zostawiam Was sam na sam z tymi myślami, a sama idę się zabawić z facetem od święta…

DZIESIĘĆ

Dla mnie miłość nie ma granic. Gdy kocham (a tak jest teraz), jestem w stanie dużo wybaczyć. W moim związku było dużo wzlotów, jeszcze więcej upadków, ale nadal jesteśmy razem, bo potrafimy i chcemy sobie wybaczać.

Miłość jest dla mnie bardzo podobna do przyjaźni. Choć tylko w miłości dochodzi do intymnego zbliżenia (tak przynajmniej powinno być). Ale w obu tych relacjach między dwiema osobami musi być bezgraniczne zaufanie, akceptacja, otwartość na poglądy drugiej osoby i przede wszystkim szacunek. Bez tego dla mnie nie może istnieć miłość.

Miłość nauczyła mnie pokory, szczerości, lojalności i to dzięki temu uczuciu wiem, co to znaczy martwić się o drugą osobę i chcieć dla niej wszystkiego, co najlepsze.

Niech MIŁOŚĆ będzie z Wami, Drodzy Czytelnicy. Mam nadzieję, że dobrze mnie zrozumieliście.

 

Mój dzień w Z.K.

Większość osób zapewne ciekawi, jak to wszystko wygląda od wewnątrz, czyli jak wygląda nasz dzień w zakładzie karnym.

Zacznę od początku. 6.15 teoretycznie jest pobudka. Piszę teoretycznie, bo wcale mnie to nie budzi, gdyż polega to jedynie na tym, że zapala się światło. Tak więc ja przykrywam się kocem na głowę i łapię te ostatnie 45 minut snu. Kiedy słyszę, że apel jest już blisko mojej celi, wtedy zaczyna się wyścig z czasem. Wyskakuję z łóżka, jakby ktoś mnie wrzątkiem oblał. Szybko szukam spodni. Często mi się nie udaje ich znaleźć, za co zostaję ukarana, że staję w piżamie do apelu.

Po nieszczęsnym apelu zdarza się, że idę jeszcze spać do śniadania, czyli do 7.30. Ostatnio jednak jest to rzadko, gdyż mieszkam w jednej celi z Poli. Ona jest rannym ptaszkiem. Od rana zagaduje, robi kawę, po czym krzyczy, że mamy wstawać, bo nam kawa wystygnie. No i ogólnie nie ma już szans na krótką drzemkę przy Poli :).

Tak więc siadamy i rozpoczynamy dzień od kawy i rozmów. Pomimo że przebywamy ze sobą wszystkie pięć przez 24 godziny na dobę, to zawsze mamy jakiś temat do rozmów przy kawie.

Jak przyjeżdża śniadanko, oczywiście nigdy nie wiemy, co na nie dostaniemy, zawsze jest ciekawość, co dziś zaserwuje nam szef kuchni.

Kiedy już wypijamy kawkę i odbierzemy śniadanie, wtedy zaczyna się mycie. Oczywiście nie posiadamy w celi prysznica, tak więc pozostaje nam poranna toaleta w misce. Dodam tu, że jest nas pięć na celi i czas operacyjny to 30 minut na mycie, gdyż tyle nam przysługuje ciepłej wody. Kto nie zdąży, musi gotować sobie wodę czajnikiem. Po porannej toalecie od 8.00 zaczynają się spacery. Chodzimy na nie na godzinę dziennie. Oczywiście spacerniak nie wygląda jak aleja spacerowa w parku, tylko jak katakumba, bo tam też jesteśmy zamknięte. Czasami jest to jedyna możliwość do spotkania się z dziewczynami z innych cel, bo dodam że siedzę zamknięta 23 godziny na dobę i właśnie to jedną godziną poza celą jest spacer. Czasami są to dwie godziny, bo jeszcze mamy dwa razy w tygodniu wyjście na świetlicę, też na godzinę. Możemy wtedy pograć w pingponga, piłkarzyki lub nawet poćwiczyć, wymienić książki. Oczywiście najważniejszym moim wyjściem dwa razy w tygodniu jest wyjście na zajęcia. Są to wtorki i czwartki. Wtedy właśnie przychodzą dziewczyny z Fundacji „Dom Kultury” i mamy możliwość dać teksty na bloga i dostajemy odpisy. Wtedy jest full wypas – dwie godziny poza celą. W pozostałe dni po spacerku czekamy na obiad. Nie ukrywam, że lubię w więzieniu wiecznie na coś czekać, czas mi wówczas szybciej płynie. Więc tak w oczekiwaniu na obiad robię różne rzeczy. Na przykład środowe i niedzielne przedpołudnia zazwyczaj są poświęcone na pranie, bo w te dni mamy cały dzień ciepła wodę. Dodam, że nie mamy oczywiście pralki. Wszystko pierzemy ręcznie. Te dwa dni w tygodniu są prawie jak święta. Możemy wtedy korzystać z prysznica przez 7 minut. To trochę trudne, ale jak się człowiek wprawi, to się udaje wykąpać w siedem minut. W pozostałe dni, kiedy nie ma łaźni, zazwyczaj gramy w karty lub każda się czymś osobno zajmuje. Ja na przykład czytam książkę.

Po obiadku czas na sjestę i oczywiści czekamy na kolację. Po sjeście zazwyczaj piję kawę i jak otrzymam list przy obiedzie, to go czytam. Niestety, jest to czymś wyjątkowym. Na wolności ludzie nie piszą już zazwyczaj listów, tylko smsy, mejle, a tu to jest nieraz jedyny nasz kontakt ze światem. List od bliskiej osoby jest dla mnie czymś cudownym i czytam go po kilka razy. Jednak wiadomo, nie codziennie otrzymuje się listy, tak więc popołudnia spędzam na rozmowach lub czytaniu książek.

O godzinie 17.00 jest kolacja.

Po kolacji, tak mniej więcej koło 18.00 jest czas na wieczorną toaletę, czyli powtórka tego, co rano.

O godzinie 19.00 jest apel wieczorny i wtedy już do rana nikt nie otwiera celi. Tylko w szczególnych wypadkach, jak komuś się coś dzieje. Po apelu wieczornym, jak jest telewizor na celi, to oglądamy jakiś film. Jak nie ma, to pozostaje gra w karty i czytanie książek.

O godzinie 22.00 zaczyna się cisza nocna, gaśnie światło i wtedy mam czas, żeby spokojnie w ciszy pomyśleć sobie o domu i innych sprawach, często pomarzyć i wyciszyć się. Zasypiam, i znowu, aby do siódmej pospać.

Może trochę Wam przybliżyłam, jak to tu wygląda. Najważniejsze, to ułożyć sobie swój plan dnia i tak sobie żyć według niego. Wówczas nie ma czasu na nudę.

Siedzimy w pięć na celi. Mamy dwa łóżka piętrowe, jedno pojedyncze, stół i pięć krzeseł. Każda ma tak zwaną swoją kuwetę, w której trzymamy swój dobytek, ubrania i „higienę”. Możemy mieć dwie podkoszulki i jedną bluzę,dwie pary spodni i bieliznę. Jedną piżamę, dwie pary butów i kurtkę. Ubrania możemy wymieniać raz na kwartał. Wtedy idziemy do magazynu odzieżowego i robimy wymianę na inny zestaw odzieży. Oczywiście są to ubrania przysyłane z domu.

Na co dzień przy każdym wyjściu z celi musimy być ubrane w mundurek. We własnej odzieży możemy się poruszać jedynie w celi.

Zapomniałam jeszcze napisać o najważniejszym przywileju, jaki nam tu przysługuje. Mianowicie są to widzenia z rodziną dwa razy w miesiącu po godzinie. Wtedy to jest dopiero święto. Szykowanie się na takie widzenie zaczyna się od rana. Trzeba ładnie się uczesać, umalować. Normalnie wtedy się czuję, jakbym do teatru szła ;).

Tylko ta godzina mija tak szybko…. I znowu jest smutek i żal i oczekiwanie na następne widzenie.

Oczywiście mamy jeszcze możliwość dzwonienia. Wygląda to tak, że na korytarzu są dwie budki telefoniczne i mamy 10 minut rozmowy przez telefon od poniedziałku do piątku. W soboty i niedziele nie mamy telefonów. Często jest tak, że tyle się chce jeszcze powiedzieć przez telefon, a tu niestety koniec.

Myślę, że chyba już wszystko opisałam. Jeśli któryś z Czytaczy chce się jeszcze czegoś dowiedzieć, niech zapyta, na pewno odpiszę.

Magda

Przerwa w karze

Jest 8 maja 2015 roku. Nigdy w życiu nawet o tym nie myślałam. W zakładzie karnym przebywałam od trzech lat i pół roku i drugie tyle miałam do końca. W porze obiadowej przyszła po mnie oddziałowa i powiedziała, że mam iść do wychowawcy. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż tego dnia nigdzie się nie zapisywałam. Zaczęłam się dopytywać, do jakiego wychowawcy mam iść. A oddziałowa powiedziała, że do kulturalno-oświatowego. Zdziwiło mnie to jeszcze bardziej, bo do niego tym bardziej się nie zapisywałam na spotkanie. Wyszłam z celi i nawet nie usłyszałam, że oddziałowa powiedziała do moich koleżanek, że mają mnie spakować. Jak dotarłam, pani wychowawczyni kazała mi usiąść i powiedziała, że ma dla mnie dobrą wiadomość: idę do domu. Po prostu oszalałam z radości. Nie mogłam w to uwierzyć, jak to??? Przecież mam jeszcze tyle lat do końca kary. Okazało się, że zakład karny wystąpił o przerwę w mojej karze, a ja nic o tym nie wiedziałam. Kiedy wyszłam od wychowawcy z radości krzyczałam na cały korytarz, płakałam ze szczęścia. Jak weszłam na celę, żeby się spakować, dziewczyny szalały razem ze mną. Nie miałam dużo czasu, żeby się spakować i z nimi pożegnać. Chyba nigdy nie przeżyłam czegoś tak pięknego. Jak już szłam do bramy, nadal nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Gdy wyszłam za bramę, myślałam, że to jakiś sen, lecz to się działo rzeczywiście. Był piękny dzień, po prostu wymarzona pogoda na wyjście z więzienia. Doszłam do sklepu. Kupiłam paczkę ulubionych papierosów i napój (nie alkohol, bo nie piję). Usiadłam na murku niedaleko sklepu i paląc papierosa próbowałam jakoś uwierzyć w to, że to się dzieje naprawdę. Jednak ciężko było mi uwierzyć. Doszłam do autobusu i jadąc podziwiałam, jak dziecko, wszystko co mijałam. Chciało mi się krzyczeć na cały głos w tym autobusie: „Jestem wolna!”. Ale bałam się, że ludzie będą mnie uważali za wariatkę. I tak miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie i wiedzą, skąd wyszłam. Lecz to pewnie było tylko moje wrażenie. Ponad trzy lata spędziłam w izolacji, gdzie na krok nikt mnie samej nie puszczał. Sama nie mogłam nigdzie wyjść, a tu samiutka jadę autobusem. Pamiętam, jak wsiadła para z dzieckiem do tego autobusu i to śliczne dzieciątko tak się pięknie do mnie uśmiechało. To było dla mnie cudowne, bo przez trzy lata nie widziałam żadnego dziecka.

Dojechałam do siebie na dzielnicę i idąc patrzyłam, ile się zmieniło. Nie mogłam uwierzyć, że wybudowano blok naprzeciwko mojego i ta szara, ponura dzielnica dziś wygląda pięknie i kolorowo, zupełnie inaczej. Ale tego dnia wszystko wyglądało piękniej niż zawsze.

Weszłam do siebie na klatkę i nadal nie wierzyłam, że zaraz będę u siebie w domu.

Zostawiłam torbę i pojechałam do znajomej, z którą kiedyś przebywałam w zakładzie karnym. Nie widziałyśmy się prawie rok, ale często rozmawiałyśmy przez telefon i bardzo się ucieszyłam, jak ją zobaczyłam. Przez weekend odpoczywałam i oswajałam się z wolnością. A od poniedziałku zaczęłam załatwiać wszystkie pilne sprawy. Okazało się, że jest dużo rzeczy do pozałatwiania i muszę to zrobić wszystko sama. Przez tyle czasu, jak przebywałam w zakładzie, to ktoś za mnie decydował i załatwiał większość spraw. A tu wszystko na mojej głowie. Wszystko musiałam zaczynać od nowa, łącznie z załatwieniem nowego mieszkania, gdyż niestety to, w którym byłam, zostało zadłużone i musiałam je opuścić.

Ciężko było to wszystko od nowa budować. I ta myśl, że niezależnie od tego, czego bym nie zrobiła i tak będę musiała wrócić do więzienia. Że tak naprawdę nic nie mogę zbudować, bo i tak będę musiała to zostawić. To było straszne. Niby tu cieszyłam się wolnością, ale cały czas w głowie był ten strach, że muszę wrócić i znowu koniec z chodzeniem samemu, spaniem we własnym łóżku, jedzeniem tego, co sama sobie ugotuję no i z tym, że sama o wszystkim decyduję.

Poznałam nawet chłopaka, któremu powiedziałam o tym wszystkim. Że będę musiała wrócić do więzienia. On jednak twierdził, że nie ma to dla niego znaczenia, chce być ze mną i jak wrócę do aresztu, to będzie czekał. Oczywiście nie czeka. Ale ja wiedziałam, że tak się stanie. A jednak choć przez chwilę chciałam być szczęśliwa.

Starałam się czerpać jak najwięcej tej wolności, póki mogłam. Jakby to miało mi dać siłę i energię na powrót do tego miejsca.

Tak pięknie było, że rok, który miałam na wolności, minął mi jak tydzień.

Do więzienia wróciłam bardziej wyciszona, spokojniejsza, że załatwiłam dużo bardzo ważnych dla mnie spraw. Naczerpałam energii na odbycie reszty kary i teraz spokojnie czekam znowu na ten cudowny dzień, w którym opuszczę te mury. Tylko teraz to będzie jeszcze wspanialsze, bo już nie będę musiała się bać. Po prostu wrócę już na stałe do swojego domu i łóżeczka.

Magda

Kolejny urlop…

To już rok! To już rok jak się nie odzywałam, ale też kolejny rok przepracowany, kolejny urlop – oby nie przenudzony.

Może to dziwnie zabrzmi, ale szybko zleciał mi ten rok! Jak się go „odhacza”, to się jakoś nie dzieli go na te wszystkie sytuacje, które się zdarzyły, na decyzje, które trzeba było podjąć, na ludzi, śmiech, płacz, telefony czy widzenia. Należę do osadzonych, które żyją długo w więzieniu, żyłam od widzenia do widzenia, od telefonu do telefonu, jednak fakt kolejnego urlopu świadczy o tym, że też codziennie wychodzę do pracy i też z niej wracam 🙂 Nie da rady inaczej, jestem zatrudniona na terenie jednostki.

Kiedyś jak przechodziłam okres buntu (cholera wie, do kogo), to mówiłam, że nie będę dla nich robić (nich to więzienie), miałam w miarę pomoc materialną, przebywałam w innym zakładzie karnym, gdzie też zupełnie inaczej się żyje i nie widziało mi się iść do pracy. Lata tutaj i ogrom sytuacji po tamtej stronie spowodowały, że nie dało się tak żyć.

Nie wytrzyma się zbyt długo w zamkniętej celi i trzeba też coś zrobić dla innych, odciążyć ich, nie dzwonić z zapytaniem, czy wysłali parę groszy np. na papierosy. Najpierw podjęłam decyzję o rzuceniu palenia (wytrzymałam wtedy 8 miesięcy) i poszłam do pierwszej pracy. Wtedy, parę lat temu, pracowałam na 50% i wszystko wydawałam w kantynie na siebie. Teraz pracuje na 7/8, od pięciu lat nie palę, przelewam „parę złotych” na swoje konto i zawsze na coś mam. Co miesiąc sama doładowuję kartę telegrosika i to jest mój spokój – nie, że mam z czego dzwonić, tylko że rodzina nie musi z własnej puli za to płacić.

Praca jest potrzebna, rozumie się to wcześniej albo później i bez względu na to, czy ma się pomoc czy nie. Wychodzi się z celi (ja dodatkowo z celi, gdzie w oknie jest pleksa) i przez 7 godzin ma zajęcie. Ja pracuję na pralni, poruszam się po znacznie większej powierzchni jak cela (nawet przy pralce robię wymachy nóg ;)), przez okno widzę jadące pociągi, a jak się jeden zatrzyma, to nawet twarze ludzi… często patrzą w naszą stronę. Na koniec pracy mogę skorzystać z prysznica (komfort dla osoby z zamka). Po 16-tej mogę pójść na spacer, wykonać telefon i dzień się kończy. Minusem w pralni jest hałas, ale przywykłam… chociaż nieraz słyszę od mamy przez telefon: -” Czego się tak drzesz?”, ale cóż, po dziesiątym wpłynie wynagrodzenie i znowu na karteczce będę obliczać, ile mogę wydać na telegrosik, okulary korekcyjne i coś tam jeszcze dla taty. Ani razu nie miałam dnia, żeby nie chciało mi się wstać do pracy. Bywały za to dni, że chciałam wracać do celi, ale nigdy, żeby nie wyjść z niej.

Może i znajdą się tacy, którzy teraz będą chcieli jakimś mięskiem rzucić, ale myślę, że urlop w tym miejscu nie powinien być przymusowy. Do tego mi wiecznie przysługuje w październiku, tak że ze spaceru wracam w pochlapanych spodniach, bo biegam!

Ale w tym roku dostałam „nagrodę” dodatkową: Wenezuelkę w celi! Co chwilę muszę sięgać po słownik, ale to jest fajne i nawet śmiesznie.

Także dzisiaj już uciekam i: mis atentos saludos!

Życzę dużo powodów do uśmiechu
Pełnoletnia.

Jola Koral – pożegnanie

 

Odeszła od nas Jola Koral. Była świetną dziennikarką, reportażystką, zaangażowaną społecznie. Była współtwórczynią tego bloga. Dobrym, dającym siebie innym człowiekiem.

Redakcja

Z zamka na półotworek

Ostatnio została mi zmieniona podgrupa, w której odbywam karę i postanowiłam, że opiszę Wam różnice pomiędzy nimi.

 P1, czyli oddział zamknięty zwany zamkiem, to „najgorsza” podgrupa w więzieniu. Jest tu najmniej przywilejów. Na przykład cela pozostaje zamknięta przez całą dobę, są dwa widzenia w miesiącu, kiedy rodzina może nas odwiedzać i nie można wychodzić poza celę w swoich ciuchach.

 P2, czyli oddział półotwarty zwany półotworkiem, to jest grupa trochę „lepsza”, jeśli chodzi o przywileje. Cela jest otwarta od 7.30 do 18.30. Mamy jedno widzenie więcej, czyli trzy w miesiącu. Możemy nosić swoje ciuchy. Mamy lepszy dostęp do telefonu.

Kiedy przenieśli mnie z zamka na półotworek bardzo się cieszyłam. Jednak na początku było mi trochę dziwnie. Gdy wyszłam na korytarz, szybko wracałam do celi, bo na zamku przyzwyczaiłam się do tego, że mogłam chodzić tylko tam, gdzie mi kazano. Do wychowawcy, na łaźnię i takie tam, bez żadnych wędrówek. A teraz mogę iść do znajomych, na tzw. chałupki, sama wychodzę do telefonu, mogę założyć swoje ciuchy. Powiem szczerze, że bez mundurka przez jakiś czas na półotworku czułam się jakbym była na golasa.

Do dobrych rzeczy, jak wiadomo, człowiek szybko się przyzwyczaja i tylko przyjaciół z zamka brak. Ale i na to przyjdzie czas, kiedy wszystko będzie na swoim miejscu.

Monika

Podziękowania

Chciałybyśmy serdecznie podziękować Michałowi za częste odwiedziny w naszej „krainie 1000 zamków i 1 klucza”. Tak naprawdę dziękujemy wszystkim wolontariuszom, którzy przychodzą tu, aby nas czegoś nauczyć, coś pokazać, a przede wszystkim dziewczynom z Fundacji „Dom Kultury”, bo to one wkładają w te spotkania najwięcej pracy, aby nam to umożliwić.

Jednak najbardziej zainteresował nas Michał w ostatnim czasie. Nie tylko dlatego, że jest przystojnym mężczyzną, ale też dlatego, że tak naprawdę przychodzi tu nie po to, aby nauczyć nas jak się robi np. ikony czy skrzynki na kwiaty (oczywiście to nam się bardzo podoba i jest potrzebne). Michał uczy nas czegoś innego – uczy nas jak po prostu być zwykłym człowiekiem, który przejmuje się losem innych osób nie do końca tolerowanych przez nasze społeczeństwo. I to jest piękne.

Jeszcze raz dziękujemy i zapraszamy ponownie. A Was, Dziewczyny z Fundacji (Justyna, Ela, Gosia, Beata), wiecie, że kochamy za to wszystko.

PS. Michał, dzięki za „Ptasie mleczko”.

Magda, Poli, Miśka

Moje miejsce na ziemi

Moje miejsce na ziemi okazało się bardzo skromne.

Gdy byłam małym dzieckiem marzyłam o przeprowadzce, wyobrażałam sobie piękne domy i urocze podwórka, ale okazało się, że to, co kiedyś wydawało się początkowym przystankiem, jest moim azylem, za którym tak bardzo tęsknie.

Nie napiszę nazwy dzielnicy, nie dlatego, że się jej wstydzę, lecz dlatego iż pragnę byście mogli zobaczyć ją moimi oczyma i przez moje odczucia. Podpowiadam tylko, że dzielnica przeze mnie opisana znajduje się w sercu naszej pięknej stolicy, podzielona torami kolejowymi na „nową” i „starą”- to tylko podział topograficzny.
Dla mnie to zaklęta okolica (dla niektórych przeklęta, ale na pewno magiczna). Czas się tam zatrzymał, choć przyjezdnych przybywa, tak naprawdę nic się tam nie zmienia. Wracam do obrazu pięknych kamienic częściowo przed i powojennych, specyficzny zapach klatek schodowych, drewnianych i betonowych, niekiedy czuć na nich smród miejskiego szaletu – ale nie to jest istotne.
Wspomniałam już, że czas się tam zatrzymał. Warunki mieszkaniowe w większej części dzielnicy przypominają czasy powojenne, toaleta na klatce, z której korzystają wszyscy mieszkający na tym samym piętrze. Pomyślicie, że to niesanitarne? Pewnie tak jest, ale za to jak zbliża ludzi do siebie. Sąsiedzi nie są obcymi ludźmi, których codziennie mija się na ulicy, w końcu nie dzielą z nami tylko budynku. Podwórka zalane asfaltem (to w miarę nowy materiał budowlany), tzw. studnie, kiedyś tak mnie wkurzały, teraz są dla mnie wyjątkowe. Coś co inni oglądają na filmach bądź ilustracjach książek, albumów, ja miałam na co dzień.
Dzieci nie bawią się w piaskownicach, bo takowych nie ma. Może kilka podwórek, dalej gdzieś postawili jeden na tysiąc nowy blok, wtedy dzieciaki spod kapliczek na asfaltowym podwórku ruszają gromadą na coś nowego, wysłany piachem plac zabaw. Nie zdarzyło się, by długo wytrzymał taki placyk i napór dzieci i młodzieży z całej okolicy kończy się urwaną huśtawką, pękniętą zjeżdżalnią czy połamanymi ławkami. Sztachety z płotka okalającego placyk wykorzystywane są później w Inny sposób, co młodzieży daje największą frajdę. Po takim mało wytrwałym placu zabaw zostaje wspomnienie, zaraz obok powstaje nowy. Są również obiekty sportowe wybudowane ze środków Unii Europejskiej. Przepiękne boiska, korty tenisowe nawet baseny. Przechodząc nieraz obok zastanawiałam się czy to nie atrapy, bo nie widziałam żadnego dziecka bawiącego się na tych wspaniałych obiektach, jedynie od czasu do czasu robił obchód ochroniarz.
Dzieckiem już nie jestem, więc poszkodowana z tego tytułu się nie czuję.
Jest to w jakiś sposób zapomniana dzielnica, ale nie przez dzielnicowego i jego żołnierzy. Mijamy się codziennie, chyba nas tam liczą jak w getcie, ilu ludzi przybyło, ilu wybyło, a ilu już nigdy nie powróci. Panowie policjanci chcąc umilić najmłodszym czas, robią uliczne dyskoteki włączając niebieskie kolorofony i niczym na imprezie techno, krzyczą coś przez megafon, nikt nie rozumie co krzyczą ale to nie istotne, to sygnał do ucieczki.
Wieczorami można poczuć się jak w Las Vegas, dorośli też muszą mieć rozrywki. Co 100-200 metrów sklepy nocne zapraszają świecącymi neonami do środka, w co drugim stoją automaty do gier, więc jak tu nie prowadzić rozrywkowego, nocnego życia w stylu retro? Na pewno każdy słyszał kiedyś o „metach”, alkohol i papierosy bez banderoli oraz inne specyfiki. Uwierzcie, na filmach pokazują prawdę! – to się dzieje.
Słynny na całą Polskę bazar nie jest już centrum handlu ulicznego, z racji na jego historyczny charakter, jeszcze go nie zburzyli tylko zwęzili. Ale chwila… przejdźmy 300 m dalej – jest! Na miejscu starego dworca kolejowego łączącego Warszawę z Wołominem powstał nowy, a nad nim dzieło sztuki CENTRUM HANDLOWE nowej generacji. Po latach stało się również sercem dzielnicy tętniącym życiem. Każdy kto wspomni o tym miejscu, ma uśmiech na twarzy- każdemu przypomina jego osobiste wspomnienia.
Mamy w okolicy ZOO, piękną katedrę św. Floriana i punkt lokalizacyjny , czyli pomnik… a nie! Przepraszam, pomnika i zegara już nie ma, zburzyli w imię drugiej linii metra. Bliżej mojego domu jest Dworzec Wschodni i Bazylika N.S.J , w której byłam chrzczona, a 23 lata później brałam ślub.
Żeby nie było tak ponuro wspomnę o zajezdni, w której zasypiają i budzą się co rano tramwaje warszawskie, o parku i skwerkach.
I chyba już nie muszę pisać, że chodzi o warszawską Pragę Północ. To jest właśnie ten mój azyl…
Mieszkam w „starej” części Pragi, choć więcej tu nowej infrastruktury i bloków niż na „nowej”, ale klimat pozostaje ten sam. Moja koleżanka, Korba, mieszka właśnie w tej „nowej” części i nie do końca zgadzamy się co do jej nazwy „NOWA PRAGA”.
Nadal ludzie, rodowici Prażanie mówią: „Co praskie, nie warszawskie”, po 31 latach zaczynam to rozumieć. Związana z Pragą jestem od zawsze, tu mieszkam, tak jak moi rodzice i dziadkowie. Wyprowadzałam się sześć razy i tyle samo razy wracałam.

Tęsknie codziennie do tego miejsca i ludzi. Tam się czuję bezpieczna i mogę być sobą. Żal mi jednak będzie, gdy czas się tam ruszy, bo zaklętych miejsc się nie zmienia.

POLI

Nasze ikony

I w sumie mogłabym zacząć o ikonach pop-kultury, typu Michael Jackson, Madonna czy Depeche Mode :), ale ja autentycznie tym razem o ikonach chcę pisać. Takich prawie najprawdziwszych, choć nieudolnych, bo też są fajne.
Od jakiegoś czasu odwiedza nas Łukasz, który jest konserwatorem zabytków, takim z krwi i kości, i jeszcze z zamiłowania.
Najpierw opowiadał nam o tym, czym się zajmuje i muszę powiedzieć, że do opowiadania ma dryg, bo nie dość, że słuchałyśmy z szeroko rozdziawionymi buziami, to zaraz po tym miałam ochotę biec i szukać skarbów na każdym jednym napotkanym strychu – nie tylko kościelnym ;). Pokazał nam na zdjęciach efekty swojej pracy i naprawdę robi to wrażenie.
Tak nam się to spodobało, że na samym opowiadaniu się nie skończyło.
Pomimo ogromu pracy, Łukasz wpada do nas w miarę możliwości i teraz tworzymy ikony.
Żeby być dokładną: piszemy ikony.
Ja wybrałam sobie archanioła Gabriela i do pewnego etapu tworzenia go było całkiem ładnie – jak na pierwszy raz i jak na osobę, która nie ma żadnych zdolności plastycznych. Ale zaczęły się schody.
Było przyzwoicie do chwili, gdy po pozłoceniu trzeba było zacząć malować. No taka „kolorowanka”, że daj pan spokój! Kiedyś przy kolorowankach to trzeba było zwracać uwagę, żeby nie powyłazić za kreskę, a tu taka technika, że zginęłam, gdy musiałam mieszać farby o takich kolorach, których nazw już nawet nie pamiętam.
Cieniować to nie potrafię w ogóle, więc na tym etapie, na którym został, mój Gabriel wygląda raczej jak klaun z książki „To” S. Kinga, a nie archanioł!
Jeszcze się go nie boję, ale jak tylko zobaczę gdzieś baloniki, to padnę trupem jak nic!
Mam nadzieję, że na kolejnych zajęciach uda mi się z pomocą sił wyższych lub raczej Łukasza doprowadzić moją ikonę do stanu oglądalności. Wtedy może pstryknie się fotkę, żeby nasi Czytacze mogli też popatrzeć. Chociaż takiego Kingowskiego też by można Wam pokazać – jak już nie spać, to nie spać – i tym sposobem przejdziemy do „Bezsenności” też Kingowskiej.
Ale tak na poważnie, pisanie ikon to nowe doświadczenie bardzo przyjemne dla mnie.
Oczywiście, przypomina mi się taka historia sprzed kilku lat, gdy bodajże w Hiszpanii w jednym z kościołów był fresk z twarzą Jezusa i z braku może funduszy nie był on restaurowany. Jedna z tamtejszych parafianek, domorosła konserwatorka, postanowiła zająć się sprawą i po swojemu DOMALOWAŁA Chrystusowi twarzyczkę. Wszystkie telewizje pokazywały tą twarzyczkę, bo bohomaz wyszedł pierwsza klasa.
Teraz my pokażemy nasze archanioły z naszymi buźkami i zdetronizujemy tamtą panią na bank.
Mam jednak nadzieję, że efektem końcowym pracy nad naszymi ikonami będą twarze, na które da się patrzeć bez lęku :).
Pozdrawiam, Małgosia

Ach, cóż to był za grill…

Ponieważ Aneta B z grubsza opisała tą historyczną imprezę, to nie będę się jakoś zbyt szeroko tu rozwodziła.

Jeszcze raz chciałabym podziękować WSZYSTKIM osobom, dzięki którym to spotkanie mogło mieć miejsce.

Dla mnie było to wielkie coś, bo nie dość, że miałam okazję posiedzieć z moją przyjaciółką i pogadać, to jeszcze najadłam się przypalonej na węgiel kiełbaski aż „po kokardę” ;). Zwęglona kiełbaska + zwęglony chlebek = umorusana gęba i brudne ręce. Radocha była ogromna. Czarne od węgla żabki szczerzyły się maksymalnie i jeszcze po powrocie do celi czułam zapach, bo wszystko osiadło elegancko na ubraniu. Śmiałam się sama z siebie w głos, bo tylko prosiłam Batorego „przypal tą kiełbasę i zjaraj chlebek”. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio najadłam się aż tyle węgla :). Zakładam, że gdybym mocniej ścisnęła pośladki, to wypadłby spory diamencik ;).
I tym głupkowatym zdaniem skończę ten mój pościk ;).

Małgosia